Wewnętrzne konflikty partii szybko stają się publicznym widowiskiem

Fot. Uniwersytet Wrocławski.

Wewnętrzne konflikty w partiach politycznych od lat towarzyszą polskiej scenie politycznej, ale w dobie mediów społecznościowych i lokalnych portali szybko stają się publicznym widowiskiem. Czy ujawnianie sporów szkodzi bardziej partii, czy jednak może służyć wyborcom? Jak liderzy krajowi powinni reagować na lokalne wojny frakcyjne i czy radykalne czystki – jak ta niedawna w dolnośląskim PiS – to lekcja także dla innych ugrupowań? O tym, jak politycy powinni radzić sobie z publicznymi konfliktami, czy warto je ukrywać, kto zyskuje na wojnie wewnątrz KO we Wrocławiu i czy takie spory mogą być paliwem dla konkurencji, z dr hab. Kamilem Marcinkiewiczem z Instytutu Politologii Uniwersytetu Wrocławskiego rozmawia Marcin Lustig.

– Marcin Lustig: Jak politycy powinni radzić sobie z konfliktami, które stają się publiczne?

– dr hab. Kamil Marcinkiewicz: Ujawnianie konfliktów wewnętrznych jest niekorzystne dla wizerunku partii. Politycy powinni w pierwszym rzędzie posiadać umiejętność dogadania się przynajmniej w gronie członków własnej formacji. Jeżeli informacja o konflikcie staje się powszechnie dostępna, warto pracować nad ich zażegnaniem.

Inną strategię przyjął ostatni Jarosław Kaczyński, który zdecydował się radykalnie rozwiązać konflikt w dolnośląskim PiS wyrzucając sporą radnych klubu PiS w sejmiku z partii. Na to można sobie oczywiście pozwolić, jak się jest w opozycji, jak to jest w przypadku klubu sejmikowego PiS. To może być dla wyborców mocny sygnał i może być pozytywnie odebrany.

– Czy ujawnianie wewnętrznych sporów w mediach jest korzystne dla opinii publicznej, czy raczej szkodzi partii i prowadzi do spadków w sondażach?

– Ujawnienie konfliktu wewnętrznego szkodzi partii, bo oznacza, że jej członkowie zamiast realizować program, do którego to realizowania się zobowiązali, marnują energie na niezrozumiałe dla przeciętnego wyborcy spory. Jeżeli chodzi o konflikt lokalny, nie musi to jednak oznaczać spadków sondażowych na poziomie całego kraju. Polskie partie są mocno zorientowane na ogólnopolskich liderów.

– Czy konkretny konflikt Jarosa z Granowską ma realny wpływ na pozycję Platformy Obywatelskiej w mieście i regionie dolnośląskim, czy też ci politycy nie odgrywają aż tak znaczącej roli na lokalnej scenie politycznej?

– W przeciwieństwie do polityki ogólnopolskiej na poziomie miasta czy regionu nie mamy dostatecznej liczby danych sondażowych, żeby wskazać jakiekolwiek zmiany. Konflikt między panią wiceprezydent i panem wiceministrem jest dostrzegany w mediach lokalnych, ale tam chyba są pewne szanse na porozumienie. Inaczej wygląda sytuacja w przypadku stowarzyszenia „SOS Wrocław”, z którym związani są przecież także radni wybrani z list KO.

Tutaj widzimy trwałą przepaść i aktywne działania poprzez zbieranie podpisów pod referendum o odwołanie prezydenta i rady miejskiej. Trudno będzie tutaj znaleźć jakąś nić porozumienia, ale to już jest chyba inna gra grupy radnych, którzy próbują się na nowo orientować poza formacją, z której (niektórzy dwukrotnie) dostali się do rady. Choć z drugiej strony, w polityce wszystko jest możliwe. Niewykluczone, że jak przyjdzie do układania list, wszyscy się porozumieją. Pytanie tylko, czy wyborcy po raz kolejny w to uwierzą.

– Czy Jaros albo Granowska zyskują na tym konflikcie? Kto więcej zyskuje, a kto traci?

– Nie wiem, proszę pytać we wrocławskiej Platformie, ale w czasie wakacji było słychać, że obydwie strony próbują się porozumieć.

– Czy na takie konflikty w regionalnych strukturach powinien wpływać zarząd główny partii, czy jest to niepotrzebne eskalowanie konfliktu?

– Reakcja Jarosława Kaczyńskiego na konflikt w klubie PiS dolnośląskiego sejmiku jest tu ciekawym poligonem badawczym i pokazuje jedną z możliwości. Inna opcja, to namawianie do porozumienia i szukanie kompromisu. W momencie gdy konflikt staje się dysfunkcjonalny i zagraża wizerunkowi partii, choćby na szczeblu loikalnym, władze krajowe muszą się włączyć i szukać rozwiązania.

– Czy taki konflikt może być rozgrywany przez inne partie polityczne, wykorzystujące sytuację ze skłóconymi strukturami regionalnymi?

– Tak, oczywiście, ale jak widzimy na przykładzie ostatniej sytuacji w klubie sejmikowym PiS, PO nie jest jedyną partią z tymi problemami na Dolnym Śląsku. Skorzystać mogą ugrupowania takie jak Bezpartyjni Samorządowcy, które są programowo zupełnie niedookreślone, ale to raczej w sejmiku niż w radzie miejskiej Wrocławia.

To może się zmienić, jeżeli pojawi się konkurencja o profilu programowym zbliżonym do PO, jak to było w przypadku Nowoczesnej. Wtedy rywalizacja na rywalizację ogólnokrajową nałożył się konflikt lokalny tych ugrupowań.

– Jak powinno się rozwiązywać takie spory wewnątrz partii, aby minimalizować negatywne skutki?

– Rozmowa, dialog, współpraca. Być może przydałyby się skonfliktowanym radnym szkolenia z relacji interpersonalnych. Dużo zależy od tego, czego dotyczy spór.

W przypadku konfliktu o wartości trudno znaleźć kompromis, ale ten rodzaj konfliktu jest dla wyborcy czytelny. Jeżeli różnica zdań dotyczy zaś podziału stanowisk, wtedy przecież wystarczy usiąść i porozmawiać i na coś się umówić.

Pokaż komentarze (0) Ukryj komentarze (0)
guest

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

Dołącz do newslettera!

Co słychać we Wrocławiu? Sprawdź pierwszy. Nie przegap tego, o czym mówi miasto

Zapisując się, akceptujesz nasz Regulamin oraz Politykę prywatności. Twoje dane będą przetwarzane wyłącznie w celu wysyłki newslettera.