Czy prezydent Jacek Sutryk otrzyma absolutorium od Rady Miejskiej Wrocławia? Przekonamy się we wtorek, bo na ten dzień zwołano bowiem sesję. Ale już teraz można zaryzykować scenariusz, w którym gospodarz Wrocławia dogaduje się z Michałem Jarosem. – To opcja, dzięki której nikt nie traci. No, prawie nikt – mówi nasz rozmówca z Koalicji Obywatelskiej.
- Co musi zrobić Jacek Sutryk, by KO poparła jego absolutorium.
- Dlaczego Michał Jaros jest kluczowy dla politycznej przyszłości prezydenta.
- Którzy wiceprezydenci mogą stracić stanowiska w ramach umowy.
Absolutorium za rok ubiegły to poważna sprawa. Jeśli Sutryk je otrzyma, to będzie oznaczało, że radni akceptują jego pracę i kierunki, w które zmierza Wrocław. Jeśli prezydent go nie otrzyma, skutkować to będzie wrastającym napięciem i spowoduje konflikty.
– Które nikomu nie są potrzebne – przekonuje nas ważny działacz wrocławskiej KO.
Gra o absolutorium i polityczny układ
Prawda jest taka, że Jackowi Sutrykowi nie grozi już referendum. Dwie poprzednie próby okazały się kompromitacją i trzeciej nikt już nie podejmie. Tym bardziej nie zrobi tego Michał Jaros – bo gdyby przegrał taką rozgrywkę, jego pozycja byłaby bardzo, bardzo słaba. Dlatego też Sutryk zostanie na stanowisku do końca kadencji, czyli jeszcze – aż – trzy lata (chyba, że w tym czasie zostanie skazany w procesie Collegium Humanum, ale to właściwie niemożliwe).
W tym czasie prezydent musi się liczyć ze swoim koalicjantem, czyli KO. A jej szefem jest Michał Jaros. Jeśli Sutryk chce marzyć o tym, że po prezydenturze nie zniknie z życia publicznego, to musi mieć przynajmniej neutralne relacje z Jarosem i zaprosić go do współrządzenia miastem. Co więcej, bez względów Jarosa w radzie miejskiej Sutryk będzie miał same problemy. Bo radni KO to zdecydowanie największy klub i oprócz kilku osób (głównie spoza formacji), nikt nie „podskoczy” szefowi partii. Z prostego powodu: będzie fikał, to nie dostanie miejsca na liście w kolejnych wyborach i pożegna się z polityką.
Kadrowe ultimatum lidera Koalicji Obywatelskiej
A Jaros? Nie ukrywa swoich ambicji – chce być następnym prezydentem Wrocławia. Jeśli zażegna konflikty wewnątrz wrocławskiej KO i umiejętnie będzie współrządził miastem (poprzez swoich wiceprezydentów), to wygraną w wyborach ma w kieszeni. Jeśli się nie dogada, to trzy lata straci na jałowe konflikty, na których nie zbuduje swojej marki w oczach wrocławian. Z naszych informacji wynika, że wszyscy zdają sobie z tego sprawę.
Jest w zasadzie tylko jedno, no może dwa, „ale”: wiceprezydent Renata Granowska i wiceprezydent Michał Młyńczak. Jaros – co nie jest już żadną tajemnicą – współpracę z urzędem uzależnia od pożegnania się Granowskiej i Młyńczaka z funkcjami.
– Nie ma opcji, żebyśmy wchodzili w ten projekt w innych okolicznościach – mówi nam jeden z doradców Jarosa.
Wygląda na to, że zmian można się spodziewać przed sesją absolutoryjną, inaczej KO zagłosuje „przeciw”.

Miękkie lądowanie, czyli przyszłość wiceprezydentów
Pewne jest natomiast, że Granowska nie wyląduje na zielonej trawce. Przygotowywany jest dla niej wariant honorowy: zrezygnuje z wiceprezydentury, a trafi na prezesa jednej z miejskich spółek. Tu najczęściej wymienia się lotnisko – Granowska już jest w radzie nadzorczej portu, więc świetnie zna spółkę i na pewno umiałaby też tchnąć potrzebną energię w jej funkcjonowanie. Dodajmy, że lotnisko w części należy do urzędu marszałkowskiego, w którym polityczka ma świetne relacje.
A Michał Młyńczak? Z tego co słyszymy, to polityk stracił względy swojego patrona, czyli Grzegorza Schetyny, który nie będzie za niego umierał. Ale Młyńczak cierpieć nie będzie – to z zawodu adwokat, w dodatku chwalony przez klientów, więc na pewno sobie poradzi.


