Wrocław umacnia pozycję lidera w leczeniu raka piersi i nowoczesnej chirurgii rekonstrukcyjnej. Szansą na rewolucję dla pacjentek z regionu jest nowy szpital Dolnośląskiego Centrum Onkologii, Pulmonologii i Hematologii. Kluczowym kierunkiem zmian pozostaje rozwój mikrochirurgii, w tym metody rekonstrukcji piersi z użyciem płata DIEP, uznawanej za światowy złoty standard. O wpływie tej inwestycji na jakość leczenia, a także o niskiej zgłaszalności na badania przesiewowe i mitach wokół profilaktyki rozmawiamy z prof. Rafałem Matkowskim, kierownikiem Oddziału Chirurgii Piersi w DCOPiH.
– Marek Zoellner: Według danych Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego w ubiegłym roku w niektórych gminach regionu na mammografię zgłaszała się zaledwie co piąta uprawniona kobieta. Czy w ostatnim roku widać jakąkolwiek poprawę?
– Rafał Matkowski: Nie ma tutaj niestety jakiejś wyraźnej zmiany. Żeby screening, czyli program populacyjnych badań przesiewowych, był skuteczny, zgłaszalność powinna być na poziomie 70%. Tymczasem w ostatnich latach oscylujemy wokół 40%. W 2016 roku, który był jednym z lepszych okresów, zgłaszalność wynosiła ok. 40–43% na Dolnym Śląsku i ok. 37% we Wrocławiu. W 2025 roku mamy ok. 38–40% – bardzo podobnie w regionie i w całym kraju. W czerwcu 2026 na Dolnym Śląsku było to 35%, w Polsce 32%, a we Wrocławiu 38%. Rok się jeszcze nie skończył, ale nie przekraczamy 40%.
– Czyli nie widać przełomu, ale czy coś jednak się zmienia w podejściu kobiet albo w systemie?
– Nie osiągnęliśmy nigdy więcej niż około 50% zgłaszalności. Wyraźny spadek nastąpił po likwidacji wysyłki zaproszeń w 2016 roku i ograniczeniach wynikających z RODO. To miało ogromne znaczenie. Jeśli nie przypominamy kobietom o badaniu i nie informujemy nowych roczników, które wchodzą w wiek kwalifikujący, to zgłaszalność spada.
Cały świat pokazuje, że najlepszą metodą rekrutacji na mammografię są właśnie imienne zaproszenia. W Polsce po latach wrócono do ich wysyłki (na koszt wykonawcy), co powoli poprawia sytuację, ale nadal nie przekraczamy 40%. Od pewnego czasu screeningiem objęte są kobiety w wieku 45–74 lata, co też wpływa na statystyki. Widać pewną poprawę, lecz jest ona niewielka.
– Dlaczego wciąż tak wiele kobiet nie korzysta z badań?
– Dużym problemem są mity. Pierwszy dotyczy promieniowania – pacjentki często obawiają się, że mammografia jest szkodliwa. Tymczasem dawka promieniowania jest mniejsza niż w tomografii komputerowej, którą ludzie robią bez wahania na bolący kręgosłup czy kolano.
Drugi mit to przekonanie, że mammografia „nie działa”. To nieprawda – badania przesiewowe zmniejszają śmiertelność z powodu raka piersi o ponad 30%.
Trzeci mit dotyczy bólu. Mammografia może być nieprzyjemna, bo wymaga kompresji piersi, ale trudno mówić o bólu w sensie medycznym. Ta kompresja jest konieczna, żeby badanie było wiarygodne.
Są też nieporozumienia systemowe. Przykład Szwajcarii jest tu bardzo pouczający. Kilka kantonów zrezygnowało z zorganizowanego screeningu na rzecz oportunistycznego (w miejsce systemowego wysyłania zaproszeń na badanie ograniczono się do zaleceń od lekarzy rodzinnych). Po kilku latach wyniki się pogorszyły – pacjentki zgłaszały się w bardziej zaawansowanych stadiach, wymagały agresywniejszego leczenia i miały gorsze rokowania. Szwajcarzy opublikowali to jako przestrogę.
– Jakie jest realne znaczenie programu screeningu? Czy mammografia naprawdę tak mocno wpływa na rokowania pacjentek?
– Redukcja ryzyka zgonu u kobiet regularnie uczestniczących w badaniach w porównaniu z nierealizującymi mammografii może w niektórych badaniach obserwacyjnych przekraczać 30–40%. Wczesne rozpoznanie umożliwia stosowanie mniej inwazyjnych zabiegów chirurgicznych i znacznie poprawia rokowanie. W Polsce aktualnie program obejmuje kobiety w wieku 45–74 lata, które mogą wykonać bezpłatną mammografię co dwa lata. To ważna zmiana w stosunku do wcześniejszych wytycznych (50–69 lat). Kluczowe jest jednak to, żeby program był wysokiej jakości – z podwójnym odczytem zdjęć, odpowiednią kontrolą aparatów i szybką diagnostyką pogłębioną.
– A co z kobietami z bardzo wysokim ryzykiem? Czy one też korzystają ze standardowego screeningu?
– Nosicielki mutacji BRCA1 i BRCA2 należą do grupy bardzo wysokiego ryzyka i wymagają zupełnie innego, zindywidualizowanego podejścia. Zazwyczaj zalecamy u nich rozpoczęcie kontroli już około 25. roku życia, przede wszystkim coroczny rezonans magnetyczny piersi z kontrastem, który jest najczulszą metodą u młodych kobiet. Od około 30. roku życia dołącza się mammografię. To zupełnie inny schemat niż standardowy program populacyjny. U tych pacjentek często rozważamy też profilaktyczne usunięcie piersi oraz jajowodów i jajników, bo ryzyko zachorowania jest bardzo wysokie.
– Coraz częściej mówi się nie tylko o przeżyciu pacjentek, ale też o jakości życia po leczeniu. Czym właściwie jest metoda DIEP?
– Najlepszym leczeniem raka piersi jest leczenie oszczędzające, czyli takie, które pozwala zachować pierś i jej naturalny kształt. Dla kobiet najważniejszy jest ładny, kobiecy kształt piersi – blizny są mniej istotne. Jeśli jednak konieczna jest mastektomia (przy dużych zmianach lub u nosicielek mutacji genetycznych), staramy się odtworzyć pierś jak najbardziej naturalnie.
Metoda DIEP polega na wykorzystaniu tkanek własnych pacjentki z dolnej części brzucha. Pobiera się skórę i tkankę tłuszczową wraz z perforatorem naczyniowym (tętnica i żyła), a następnie mikrochirurgicznie łączy się je z naczyniami piersiowymi wewnętrznymi. To bardzo precyzyjna mikrochirurgia. Efekt jest najlepszy, bo to własna tkanka – miękka, naturalna, bez ryzyka związanego z wszczepieniem ciała obcego jakim jest implant i powikłań typowych dla implantów.
To jednak zabieg bardzo czasochłonny i wymagający. W naszym ośrodku wykonujemy go obecnie około raz w miesiącu, ale wraz z przeprowadzką do nowego szpitala i nowym mikroskopem będziemy mogli robić to znacznie częściej.
– Czy każda pacjentka może mieć wykonaną taką rekonstrukcję?
– Nie. To metoda dla wybranej grupy pacjentek. Przeciwwskazania to m.in. palenie tytoniu, cukrzyca, duża otyłość i inne poważne choroby współistniejące. To zabieg dla relatywnie zdrowych kobiet, u których chcemy uzyskać najlepszy możliwy efekt rekonstrukcyjny i jakość życia na wiele lat.
– Jakie największe zmiany w leczeniu raka piersi czekają nas w najbliższych latach i jak wpłynie na nie otwarcie nowego szpitala we Wrocławiu?
– Będziemy coraz mniej operować w sposób okaleczający. Dzięki coraz skuteczniejszemu leczeniu systemowemu (chemioterapia, immunoterapia, hormonoterapia, leczenie celowane) zakres operacji będzie się zmniejszał. Już teraz w naszym ośrodku jako jednym z pierwszych w Polsce wdrożyliśmy możliwość rezygnacji z jakiejkolwiek interwencji w dole pachowym u wybranych pacjentek. Kiedyś standardem było radykalne usuwanie wszystkich węzłów chłonnych w tym miejscu – dziś coraz częściej ograniczamy się do minimum. Kierunkiem rozwoju są też mikrochirurgiczne zespolenia limfatyczno-żylne, które pomagają w leczeniu obrzęków limfatycznych – jednego z najtrudniejszych i często nieodwracalnych powikłań.
W nowym szpitalu DCOPiH we wrocławskiej Leśnicy, do którego przeprowadzimy się pod koniec przyszłego roku, będziemy mieli dwa stoły operacyjne i nowoczesny mikroskop, który już zamówiliśmy. To bardzo ważne, bo obecne urządzenie jest już wiekowe, choć wciąż sprawne. Na nowym sprzęcie zespolenia mikrochirurgiczne będą przebiegały znacznie szybciej i bezpieczniej. Dzięki temu zamiast jednej operacji DIEP miesięcznie będziemy mogli wykonywać je znacznie częściej – nawet raz w tygodniu. To przełom nie tylko dla nas, ale przede wszystkim dla pacjentek z Dolnego Śląska, które zyskają szerszy dostęp do tej światowej klasy metody.
– Łączy Pan rolę lekarza, naukowca i menedżera dużego zespołu. Co jest dziś największym wyzwaniem?
– Najważniejsze jest to, żeby nie zgubić roli lekarza. Menedżer patrzy przede wszystkim na słupki i finansowanie, ale lekarz musi patrzeć na pacjenta. Na szczęście w naszym centrum mamy bardzo dobry tandem dyrektorski. Naczelnym dyrektorem jest Adam Maciejczyk, a za rozwój odpowiada Paweł Zawadzki. Dzięki temu, że obaj rozumieją specyfikę pracy klinicznej i dają nam kredyt zaufania, możemy rozwijać zaawansowane metody leczenia, nawet jeśli na początku nie przynoszą one dochodu. To zaufanie pozwala nam wprowadzać takie techniki jak DIEP czy przygotowywać się do zespolenia limfatyczno-żylnych, jednocześnie dbając o codzienną, podstawową działalność oddziału.
– Co powiedziałby Pan kobietom na Dolnym Śląsku, które odkładają mammografię?
– Chciałbym zaapelować, żeby wszystkie kobiety w wieku 45–74 lata regularnie zgłaszały się na badania przesiewowe. To jest szybkie, dostępne, nie wymaga straty całego dnia. Ośrodków na Dolnym Śląsku jest kilka. Wczesne wykrycie raka piersi pozwala uniknąć rozległych operacji i agresywnego leczenia. W wielu przypadkach oznacza to pełne wyleczenie bez trwałego okaleczenia. Im później wykryjemy chorobę, tym bardziej skomplikowane i okaleczające leczenie trzeba zastosować. Dlatego mammografia realnie ratuje życie.
– A co powiedziałby Pan mężczyznom? Czy ten problem również ich dotyczy?
– Jak najbardziej, ale w zupełnie innym wymiarze. Mężczyzn również może dotknąć rak piersi, jednak są to sytuacje ekstremalnie rzadkie – statystycznie to około jeden przypadek na tysiąc pacjentek. Nie ma tu potrzeby prowadzenia badań przesiewowych. Jeśli jednak mężczyzna wyczuje jakiekolwiek niepokojące zmiany w obrębie piersi, powinien po prostu zgłosić się do lekarza, zamiast zakładać, że to np. ukąszenie owada. Rolą mężczyzn jest natomiast przede wszystkim wsparcie kobiet, które przechodzą przez trudny i wymagający okres leczenia. Obecność, cierpliwość i zwykła codzienna empatia często mają równie duże znaczenie jak sama terapia. To nie jest tylko choroba ciała, ale też ogromne obciążenie psychiczne, dlatego tak ważne jest, by pacjentki nie zostawały z tym same. Zrozumienie, uważność i umiejętność towarzyszenia bez oceniania stają się wtedy realnym elementem procesu zdrowienia.
