To była wrocławska odpowiedź na kalifornijską Dolinę Krzemową i zarazem nowoczesna maszyna, która miała zamieniać akademickie projekty w żywą gotówkę. W podziemiach i sterylnych salach badawczych na Praczach Odrzańskich wykuwało się DNA dzisiejszego polskiego sektora wysokich technologii, czyli tzw. deep techu. Rozmawiamy z ludźmi, którzy wówczas wprowadzali stolicę Dolnego Śląska na światową mapę innowacji.
- Czym był projekt EIT+ i dlaczego aspirował do miana polskiej Doliny Krzemowej.
- Jak wrocławski ekosystem kształtował liderów nowoczesnych technologii.
- Jaka jest historia powstania Humanitarium i co się z nim dzieje dzisiaj.
Pracze Odrzańskie, północno-zachodnia część Wrocławia. Tuż za Stabłowicami i Maślicami. Tutaj działa obecnie Łukasiewicz – PORT. To trzy centra badawcze. Centrum Diagnostyki Populacyjnej, Centrum Inżynierii Materiałowej i Centrum Nauk o Życiu i Biotechnologii. 18 grup badawczych, 159 naukowców z Polski, ponad 50 projektów o łącznej wartości ponad 270 milionów złotych. Innowacje technologiczne, interdyscyplinarne badania naukowe. Wsparcie dla rozwoju w dziedzinie zdrowia, biotechnologii czy inżynierii materiałowej.
Kto pamięta, że zanim ten poważny ośrodek zaczął działać pod szyldem Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, był wrocławskim projektem znanym jako EIT+?
Powrót z Teksasu i partyzantka w PowerPoincie
Początki były równie trudne, co ekscytujące. Nasze uczelnie były wtedy naprawdę biedne i niedofinansowane – wspomina prof. Mirosław Miller, pierwszy prezes EIT+.
– Wizja, którą kreśliliśmy, można powiedzieć – w PowerPoincie, zakładała stworzenie ośrodka otwartego na projekty komercyjne. Zamiast laboratoriów akademickich zamykanych na klucz przez profesorów. Spotkała się z dużym entuzjazmem. Była czymś bardzo kuszącym, bo po prostu ludzie nie mieli wtedy na czym robić badań – opowiada prof. Miller.

To z jego inicjatywy powstało najpierw Dolnośląskie Centrum Zaawansowanych Technologii (DCZT). Przy wsparciu rzędu 100 tysięcy złotych i poparciu ówczesnego rektora Politechniki Wrocławskiej, prof. Tadeusza Lutego, zaczęło się “sieciowanie mądrych ludzi”.
– Wciąż trudno znaleźć w Polsce unikatowy projekt czy instytucję sektora nowych technologii, przy którym ktoś z ówczesnej kadry EIT+ nie byłby zaangażowany. W programie TOP 500 minister Kudryckiej pracownicy EIT+ byli najliczniejszą grupą. Byli często mentorami dla kadr sektora nowych technologii i innowacji w kraju – podkreśla Miller.

Mniej więcej w tym samym czasie (2007-2008 rok) Wrocław aspirował do miana siedziby Europejskiego Instytutu Technologicznego (EIT), prestiżowej unijnej agencji, która ostatecznie trafiła do Budapesztu. Porażka na szczeblu europejskim nie zgasiła jednak lokalnych ambicji.
Potencjał DCZT został przekuty na autorski projekt, a po dodaniu symbolicznego “plusa” do nazwy, narodziło się EIT+ – niezależna, wrocławska marka, która zamiast czekać na decyzje z Brukseli, zaczęła budować własne technologiczne imperium na Praczach Odrzańskich. Politycznego paliwa i medialnego rozmachu nadał jej ówczesny prezydent Wrocławia, Rafał Dutkiewicz.
– Kluczem było wyciągnięcie młodych, zdolnych naukowców z rąk uczelnianych struktur. Znaczna część kadry kierowniczej (poza naukowcami) wczesnego EIT+ to byli Polacy, którzy wrócili do nas z zagranicy. Oni byli prawdziwym motorem przedsięwzięcia, bo znali świat i nie bali się nowego – twierdzi prof. Mirosław Miller.
I dodaje, że w zamian dostali samodzielność oraz ścieżkę rozwoju niezależną od struktur systemu akademickiego.
DNA sukcesu. Wrocław kontra Warszawa
Gdy opadł kurz po wielkich konferencjach, a unijne fundusze zamieniono w beton i szkło, przyszedł czas próby. Czy model zadziałał? Tomasz Gondek, były wiceprezes EIT+, nie ma wątpliwości.
– Udało się stworzyć zespół bardzo ambitnych ludzi. Z racji tego, że był to projekt trudny i ryzykowny, przyciągnął osoby, które nie szukają spokojnego życia. To byli “fighterzy”, którzy są na rynku do dzisiaj. Na pewno warto wskazać spółkę XTPL założoną przez Filipa Granka, Bioceltix stworzoną przez Pawła Wilgusa, są też Infermedica czy SatRev – Tomasz Gondek wymienia firmy, które miały swoje źródła właśnie w EIT+.

Nie da się ukryć, że te nazwy to dziś synonim sukcesu polskiego deep techu. XTPL opracowało przełomową na skalę światową technologię ultraprecyzyjnego druku nanomateriałów, która może zrewolucjonizować produkcję wyświetlaczy i elektroniki.
Bioceltix to pionierzy w wykorzystaniu komórek macierzystych w leczeniu zwierząt.
Infermedica, w którą zainwestowało w fazie jej rozwoju EIT+, stworzyła opartą na sztucznej inteligencji platformę do wstępnej diagnostyki medycznej, z której korzystają miliony pacjentów na całym świecie.
Z kolei SatRev to czołowa polska firma z sektora NewSpace, która specjalizuje się w projektowaniu, produkcji i eksploatacji nanosatelitów obserwacyjnych oraz analizie danych pochodzących z kosmosu.

Rewolucyjna technologia z Wrocławia
Do tego grona warto dodać również Oskara Ziętę – jednego z najbardziej rozpoznawalnych na świecie polskich projektantów i technologów. Zięta, który wrócił do Wrocławia ze Szwajcarii, właśnie na terenie EIT+ prowadził badania nad swoją rewolucyjną technologią FIDU (formowaniem stali sprężonym powietrzem).
Efekty tych testów każdy Wrocławianin ma dziś na wyciągnięcie ręki – to słynna Nawa na Wyspie Daliowej (naprzeciwko Hali Targowej i gmachu Uniwersytetu Wrocławskiego). Lśniący pawilon złożony z 35 metalowych, nadmuchanych łuków, jeden z nowych symboli miasta.

Humanitarium – marzenie z Houston
Podczas gdy na Praczach Odrzańskich budowano ambitne plany naukowo-biznesowe, zaczęła kiełkować tam również inna idea, która miała nadać temu miejscu duszę. Wszystko zaczęło się od niemal filmowego zbiegu okoliczności.
– W poniedziałek prezydent Dutkiewicz rzucił hasło: “Zróbmy obok tych profesorów coś dla dzieci, jakieś centrum edukacyjne”. Obiecałem, że pomyślę. Kilka dni później byłem na konferencji w Łodzi. Podczas kolacji podchodzi kolega: “Słuchaj, ktoś koniecznie chce cię poznać”. Na schodach czekała na mnie młoda dziewczyna. Właśnie wróciła z Houston, gdzie jej dziecko uczyło się przez zabawę w tamtejszych centrach nauki. Miała gotowy projekt. Powiedziałem tylko: “Pani Kingo, jutro jest Pani u mnie. Właśnie kogoś takiego szukałem” – uśmiecha się prof. Mirosław Miller.
Podobnie pamięta to spotkanie dr Kinga Świtała.
– Podczas pobytu na stażu podoktorskim w Houston miałam możliwość zwiedzić wiele takich miejsc, obserwować, jak dzieci korzystają z takiej formy nauki. Wróciłam do kraju z opracowanym projektem i zaczęłam szukać możliwości realizacji mojego marzenia. Wszyscy doceniali wartość edukacyjną, ale nikt nie mógł dać wsparcia finansowego. Szczęśliwym zrządzeniem losu spotkałam pana profesora i dwoje wizjonerów zatraciło się w rozmowie – wspomina pomysłodawczyni.
Choć w tym samym czasie w Warszawie powstawało Centrum Nauki Kopernik z niewyobrażalnym budżetem, Wrocław postawił na lokalną, autorską wersję skupioną na człowieku. I tak narodziło się ówczesne Humanitarium.
– Rozmiar i tematykę musieliśmy dopasować do możliwości, dlatego postawiliśmy na interaktywną wystawę poświęconą ludzkiemu organizmowi. Stąd nazwa. Miała być światowa i uniwersalna. Sukces przyszedł błyskawicznie. W pierwszych latach działalności placówkę odwiedzało ponad 100 tysięcy uczniów rocznie. To idealnie pasowało do EIT+. W sąsiednich budynkach powstawały nowoczesne przestrzenie badawcze, a obok dzieci mogły poczuć się jak prawdziwi naukowcy – wspomina dr Kinga Świtała.

Dziś jednak po tamtym gwarze na Praczach pozostało głównie wspomnienie. Choć budynek wciąż stoi, Humanitarium w swojej pierwotnej, otwartej formule przestało istnieć. Pierwsza, najsłynniejsza wystawa była wypożyczona, dlatego po upływie czasu najmu została zwrócona właścicielom. Kolejnych, autorskich pomysłów już nie zrealizowano.
Pewną kontynuacją są działające na Praczach “Ogrody doświadczeń” – jednostka do zadań specjalnych, która prowadzi zajęcia w laboratoriach dla szkół i rodzin, warsztaty dla seniorów i nauczycieli, półkolonie i gry terenowe. Indywidualne wejścia są możliwe jedynie wyjątkowo, podczas wakacyjnych akcji.
Czym się obecnie zajmuje inicjatorka Humanitarium?
– Nadal pracuję z dziećmi. Prowadzę “Dziecięce Universum”. To rozmaite warsztaty dla dzieci i młodzieży, zarówno edukacyjne, artystyczne, sportowe jak i wspomagające rozwój. Jestem także prezesem Fundacji kreatywnego rozwoju “Universum bez granic”, która propaguje naukę poprzez interaktywne zajęcia eksperymentalne. Obecnie prowadzimy projekt dla dzieci z bardzo małych miejscowości w gminie Kobierzyce, aby wyrównać ich szanse edukacyjne. Eksperymentujemy i bawimy się nauką. To się chyba nigdy nikomu nie znudzi. A projekt na kolejne centrum nauki mam w głowie i na liście marzeń – zdradziła nam.

Sen o Dolinie… Krzemowej
Czy warto było budować na Praczach Odrzańskich nasze własne Palo Alto (siedziba wielu spółek technologicznych w Dolinie Krzemowej w USA)? Kiedy stało się jasne, że miliardowa infrastruktura i koszty badań to ciężar zbyt duży jak na barki samorządu, miasto przekazało udziały Skarbowi Państwa. Kolejnym krokiem było utworzenie obecnego centrum Łukasiewicz – PORT. Dziś, gdy emocje wokół zmiany właściciela kampusu już dawno opadły i jest on częścią ogólnopolskiej sieci, pojawia się pytanie: co właściwie zostało z tamtego wielkiego snu.
Dla prof. Mirosława Millera – to co najważniejsze. Bo jak mówi, to była naturalna ewolucja i kontynuacja jego wizji.
– Bardzo się cieszę, że to nadal trwa, że nie upadło. A że zmieniła się struktura, to nie dziwi. Nigdzie na świecie takie centra nie utrzymują się same. Potrzebują silnego wsparcia państwa. Po moim odejściu pojawili się kolejni zarządzający, warto tutaj wspomnieć dr. Andrzeja Dybczyńskiego, który zrobił kawał dobrej roboty w znacznej mierze kontynuując naszą strategię. Szkoda tylko, że wrocławski ośrodek stał się częścią ogólnopolskiej sieci, a nie jej główną siedzibą – nie ukrywa prof. Miller.
To wciąż ta sama idea
Z kolei Tomasz Gondek wskazuje na to, co w biznesie najważniejsze. Twarde wyniki, które widać dziś na giełdzie. Przypomina, że bez infrastruktury na Praczach i bez “ekosystemu zaufania”, wiele dzisiejszych gwiazd polskiego deep techu mogłoby nigdy nie rozbłysnąć.
– To jest tak naprawdę kluczowe, że ten ekosystem rośnie, a Wrocław śmiało konkuruje z Warszawą o centrum polskiego deep techu. U nas jest mniej instytutów, ale pod względem liczby spółek nie ustępujemy. A jeśli chodzi o Pracze, to w duchu i w koncepcie to jest ta sama organizacja, która działa w sposób proaktywny. To jest ta sama idea – przyznaje Gondek.
Dziś w murach PORT-u (Polski Ośrodek Rozwoju Technologii) bije serce jednego z najnowocześniejszych biobanków w kraju. To tutaj nauka spotyka się z codziennością. Badacze analizują próbki krwi, by zrozumieć, dlaczego ten sam lek u jednego pacjenta czyni cuda, a u innego nie wywołuje reakcji.
Dla Wrocławian to z kolei realna szansa na darmową i błyskawiczną diagnostykę. Dzięki cyklicznym programom profilaktycznym w kierunku chorób układu krążenia czy cukrzycy, można tu przejść kompleksowe badania. Na podobne, w publicznej służbie zdrowia trzeba czekać miesiącami. To unikatowy pomost, gdzie najwyższej klasy technologia służy bezpośrednio mieszkańcom regionu.


