Dziewięć meczów, sześć punktów, tylko jedno zwycięstwo i trzy kolejne porażki. Po przegranym w dramatycznych okolicznościach spotkaniu z Wisłą Kraków wokół Śląska Wrocław po raz pierwszy w tym sezonie naprawdę głośno zrobiło się o przyszłości Ante Šimundžy. Tabela wygląda źle, wyniki trudno bronić, a niektóre problemy zespołu powtarzają się od kilku tygodni. Tyle że zwolnienie trenera w tym momencie oznaczałoby również przekreślenie procesu rozpoczętego po awansie do Ekstraklasy, zanim szkoleniowiec choć raz dostał możliwość pracy z całą przebudowaną kadrą.
- Skąd biorą się problemy Śląska.
- Za co odpowiada Ante Šimundža.
- Czy zmiana trenera ma dziś sens.
Po ostatnim gwizdku meczu w Krakowie reakcje części kibiców Śląska były łatwe do przewidzenia. Wrocławianie po raz trzeci z rzędu schodzili z boiska pokonani. Jeszcze w 90. minucie mieli punkt, kilka chwil później zostali z niczym. Alan Uryga zdobył zwycięską bramkę dla Wisły w 93. minucie i gospodarze wygrali 2:1. Tydzień wcześniej niemal identyczny scenariusz wydarzył się we Wrocławiu. Korona Kielce również pokonała Śląsk 2:1 po golu zdobytym w 93. minucie.
W takich okolicznościach dyskusja o trenerze jest czymś naturalnym. Nie można jednak emocjonalną reakcją po kolejnej porażce zastępować analizy tego, w jakim miejscu rzeczywiście znajduje się drużyna. Sytuacja Śląska jest zdecydowanie bardziej skomplikowana niż wskazywałoby sześć punktów widocznych w tabeli.
Tabela nie kłamie. Śląsk ma poważny problem
Nie ma sensu pudrować rzeczywistości. Początek sezonu Śląska jest słaby.
Po dziewięciu ligowych spotkaniach Wrocławianie mają jedno zwycięstwo, trzy remisy i pięć porażek. Zdobyli sześć punktów, strzelili jedenaście goli, stracili piętnaście i po piątkowym meczu zajmowali 15. miejsce. Niżej znajdowały się Wieczysta Kraków, Motor Lublin oraz Raków Częstochowa, przy czym część rywali Śląska miała jeszcze swoje spotkania dziewiątej kolejki przed sobą.
Średnia 0,67 punktu na mecz w dłuższej perspektywie oznacza walkę o utrzymanie. Jeżeli zespół będzie punktował w podobnym tempie przez cały sezon, żadna przebudowa ani argument o trudnym terminarzu nie uratują go przed spadkiem. To trzeba powiedzieć jasno.
Równie niepokojący jest bilans ostatnich tygodni. Po remisach z Widzewem Łódź i Legią Warszawa Śląsk przegrał kolejno z Jagiellonią Białystok, Koroną Kielce i Wisłą Kraków. Problemem też staje się zatem powstająca seria.
Jednocześnie nie jest prawdą, że mamy obecnie do czynienia z drużyną kompletnie rozbitą i regularnie deklasowaną przez przeciwników. W tym miejscu należy rozpocząć właściwą dyskusję o przyszłości trenera.
Śląsk przegrywa, ale nie został jeszcze odłączony od ligi
Porażki z Koroną i Wisłą są szczególnie bolesne, ponieważ oba mecze Śląsk przegrał w 93. minucie. Remis na Łazienkowskiej w Warszawie również, bo ten mecz Śląsk mógł, a nawet powinien wygrać różnicą kilku bramek. Zamiast tego Wrocławianie stracili gola i dwa punkty w 94. minucie.
Można oczywiście uznać to za argument przeciwko trenerowi. Drużyna nie potrafi zarządzać końcówkami, utrzymać koncentracji, zamknąć spotkania albo przynajmniej ochronić remisu. Jeżeli sytuacja powtarza się tydzień po tygodniu, przestaje być przypadkiem.
Można jednak spojrzeć na nią także z drugiej strony.
Śląsk nie jest zespołem, który od rywali dzieli obecnie przepaść. Z Legią prowadził niemal do ostatniej akcji meczu, zanim gospodarze wyrównali w czwartej minucie doliczonego czasu. Z Koroną wyrównał w 79. minucie i stracił punkt chwilę przed końcem. W Krakowie doprowadził do remisu w 76. minucie i ponownie został trafiony w doliczonym czasie gry. Oficjalne dane Ekstraklasy pokazują zresztą, że aż dziesięć bramek w meczach Śląska w tym sezonie padło po 75. minucie. Wrocławianie zdobyli sześć, a cztery stracili. To istotna różnica.
Gdyby Śląsk przez dziewięć kolejek był drużyną bez pomysłu, bez reakcji na wydarzenia boiskowe, regularnie przegrywającą po 0:3 i 0:4, ocena pracy szkoleniowca byłaby znacznie prostsza. Tutaj mamy natomiast zespół, który pozostaje w meczach, potrafi odrabiać straty, ale zdecydowanie zbyt często nie potrafi przekuć tego w punkty.
Trener odpowiada za ten problem. Nie oznacza to jednak automatycznie, że jego wymiana go rozwiąże.

Trudny terminarz? Tak, ale nie może być wiecznym usprawiedliwieniem
W dyskusji o wynikach Śląska często pojawia się argument terminarza. Jest w nim sporo prawdy.
Wrocławianie grali już między innymi z Górnikiem Zabrze, Rakowem Częstochowa, Legią Warszawa, Jagiellonią Białystok, mocną Koroną Kielce oraz Wisłą Kraków. Po piątkowym meczu Górnik był liderem ligi, Wisła zajmowała drugie miejsce, a Legia trzecie.
Jednocześnie nie można z terminarza stworzyć alibi na wszystko. Były przecież również spotkania z Cracovią, Zagłębiem Lubin czy Widzewem. To właśnie w takich meczach beniaminek powinien szukać punktów potrzebnych do spokojnego utrzymania. Śląsk część z nich wypuścił z rąk.
Terminarz powinien być elementem oceny sytuacji, a nie jej wyjaśnieniem. Początek sezonu rzeczywiście nie był dla beniaminka łatwy, ale sześciu punktów po dziewięciu kolejkach nie można uznać za wynik zadowalający niezależnie od klasy przeciwników.
Najważniejszy kontekst. Ten Śląsk nadal jest w budowie
Największym błędem w obecnej dyskusji byłoby jednak potraktowanie Śląska jak drużyny budowanej od dwóch czy trzech sezonów, która właśnie doszła do ściany. Nie doszła. Ona dopiero powstaje. Awans do Ekstraklasy wymusił przebudowę kadry. Inne wymagania fizyczne, wyższa intensywność, większa jakość indywidualna przeciwników i znacznie mniejszy margines błędu oznaczały konieczność podniesienia poziomu zespołu.
Problem polega na tym, że nie wszystkie elementy tej układanki Šimundža dostał przed rozpoczęciem sezonu. Jakby tego było mało cały czas los rzuca mu kłody pod nogi takie jak kontuzja Mokrzyckiego czy Samca-Talara. Karol Linetty został zawodnikiem Śląska dopiero pod koniec sierpnia. Już po rozegraniu przez zespół sześciu ligowych kolejek. Nowi zawodnicy muszą nauczyć się mechanizmów gry, automatyzmów w pressingu, asekuracji i zachowania partnerów. Tego nie da się przyspieszyć samym nazwiskiem piłkarza.
W efekcie trener od początku sezonu równolegle walczy o punkty i przebudowuje drużynę. To sytuacja daleka od komfortowej, ale przede wszystkim zaplanowana przez sam klub. Jeżeli latem zaakceptowano model polegający na głębokiej zmianie zespołu po awansie, trudno po dziewięciu kolejkach zachowywać się tak, jakby proces ten miał zostać zakończony w sierpniu.
Utrata Samca-Talara to coś więcej niż zwykła kontuzja
Do przebudowy należy dołożyć jeszcze jeden czynnik. Absencję najważniejszego zawodnika ofensywnego. Przed meczem z Koroną oficjalne statystyki Ekstraklasy wskazywały, że Piotr Samiec-Talar uczestniczył przy siedmiu z dziewięciu bramek Śląska w tym sezonie. Był centralną postacią ofensywy, zawodnikiem odpowiedzialnym jednocześnie za zdobywanie bramek, kreację i prowadzenie drużyny jako kapitan. Po meczu z Jagiellonią został wyłączony z gry przez złamanie nadgarstka.
To nie jest zawodnik, którego można wyjąć z jedenastki i zastąpić piłkarzem o podobnym profilu. Śląsk stracił człowieka, przez którego przechodziła zdecydowana większość najgroźniejszych akcji ofensywnych. W takim momencie należałoby zwolnić trenera?
Można, ale wtedy trudno byłoby później uczciwie odpowiedzieć na pytanie, czy Šimundža rzeczywiście nie potrafił poradzić sobie w Ekstraklasie. Nie zdążył bowiem przepracować istotnego okresu z zespołem, który miał być docelowym Śląskiem na ten sezon.
Dodatkowo przed kolejną kolejką liga zatrzymuje się na wyjątkowo długą przerwę reprezentacyjną. Dziesiąta seria spotkań odbędzie się dopiero w dniach 9-12 października, a Śląsk podejmie wówczas Lecha Poznań. Dla trenera oznacza to kilka tygodni treningu. Nowi zawodnicy zyskują czas na wejście w system, a kontuzjowani możliwość powrotu.
Jeżeli klub chciał kiedykolwiek sprawdzić, czy ten projekt rzeczywiście może funkcjonować, trudno znaleźć do tego lepszy moment.
To nie znaczy, że Šimundža jest bez winy
Kontekst nie może jednak prowadzić do drugiej skrajności, czyli zwalniania szkoleniowca z odpowiedzialności za wszystko, co dzieje się na boisku. Ante Šimundža popełnia błędy. Najbardziej niepokojące są sytuacje, w których zespół źle rozpoczyna mecze i potrzebuje zmian personalnych lub taktycznych, aby zacząć funkcjonować poprawnie. Sam trener po porażce z Koroną publicznie przyznał, że pomylił się przy wyborze zawodników do pierwszego składu.
Błędem był dobór zawodników na początku meczu – mówił Šimundža po spotkaniu.
To cenna szczerość, ale równocześnie przyznanie się do problemu, za który odpowiada już bezpośrednio szkoleniowiec.
Nie można też ignorować sposobu, w jaki Śląsk traci punkty. Gol w doliczonym czasie z Legią, gol w 93. minucie z Koroną i kolejny w 93. minucie z Wisłą tworzą wzorzec. Drużyna ma problem z kontrolowaniem ostatnich fragmentów spotkań. Odpowiedzialność można dzielić pomiędzy zmęczenie, jakość zmienników, indywidualne błędy piłkarzy i brak doświadczenia, ale przygotowanie zespołu do zarządzania końcówkami należy również do obowiązków sztabu.
Šimundža powinien więc wykorzystać najbliższe tygodnie nie na kosmetyczne poprawki, ale na rozwiązanie problemu, który zaczyna kosztować Śląsk realne punkty.

Śląsk potrafi grać w piłkę. Problemem jest przełożenie gry na wynik
W ocenie drużyny warto również wyjść poza samą tabelę. Przed meczem z Koroną Śląsk miał najwięcej w całej Ekstraklasie podań wykonanych na połowie przeciwnika. 1798, czyli około 64 procent wszystkich podań Wrocławian. To oczywiście nie jest statystyka świadcząca automatycznie o dobrej grze. Można wymienić setki podań i nie stworzyć ani jednej klarownej sytuacji. Pokazuje jednak, że Śląsk nie jest drużyną zamkniętą we własnym polu karnym, która przeciwko większości rywali jedynie się broni.
Šimundža próbuje budować zespół chcący grać piłką. Problem polega na tym, że posiadanie i kontrola terytorium zbyt rzadko przekładają się na wystarczającą liczbę sytuacji bramkowych, a po drugiej stronie boiska pojedyncze błędy kosztują punkty. To już powinno martwić trenera.
Najgorszym scenariuszem dla Śląska byłoby bowiem wejście w etap, w którym zespół nadal będzie wyglądał momentami przyzwoicie, ale kolejne tygodnie będzie kończył zdaniem: „zagraliśmy niezły mecz, tylko zabrakło wyniku”.
W walce o utrzymanie punkty są ważniejsze od estetyki.
Nowy trener nie stworzy nowej kadry
Najprostszy argument zwolenników zmiany to twierdzenie, że skoro wyniki się nie zgadzają, trzeba dać drużynie impuls. Taki impuls rzeczywiście czasem działa. Nowy trener zmienia hierarchię, podnosi intensywność treningów, przywraca do gry piłkarzy odsuniętych przez poprzednika i na kilka spotkań potrafi uwolnić zespół od narastającej presji. Nie istnieje jednak zasada mówiąca, że zmiana szkoleniowca automatycznie podnosi jakość drużyny.
Nowy trener odziedziczyłby dokładnie tę samą kadrę, te same ograniczenia i kontuzje. Okno transferowe jest już zamknięte. Nie dostałby nowych zawodników. Mógłby jedynie inaczej wykorzystać tych, którzy są dostępni.
Dlatego przed podjęciem decyzji najważniejsze powinno być jedno pytanie. Czy problemem Śląska jest obecnie trener, czy raczej zespół znajdujący się w trudnym momencie przebudowy? Na podstawie pierwszych dziewięciu kolejek nie ma jeszcze wystarczająco mocnych argumentów, aby jednoznacznie odpowiedzieć, że problemem jest Šimundža.
Awans zmienił punkt odniesienia
Warto przypomnieć sobie również, jaki właściwie powinien być cel Śląska w tym sezonie. Po awansie do Ekstraklasy priorytetem nie powinno być natychmiastowe włączenie się do walki o europejskie puchary. Pierwszym zadaniem jest ustabilizowanie klubu na najwyższym poziomie rozgrywkowym, przebudowanie drużyny i spokojne utrzymanie. To nie oznacza akceptacji dla 15. miejsca ani dla sześciu punktów po dziewięciu kolejkach. Oznacza natomiast inne kryterium oceny.
Jeżeli latem zdecydowano się rozpocząć proces budowania drużyny zdolnej funkcjonować w Ekstraklasie przez kolejne sezony, to trener powinien być oceniany nie tylko przez pryzmat tabeli z połowy września, ale również tego, czy drużyna się rozwija. Znacznie ważniejsze od samej tabeli będzie to, czy nowi zawodnicy coraz lepiej odnajdują się w systemie, zespół tworzy więcej sytuacji, poprawia reakcję po stracie, ogranicza proste błędy i skuteczniej zarządza końcówkami spotkań.
Dopiero brak takiego progresu byłby poważnym argumentem za zmianą.
Teraz nadchodzi najważniejszy sprawdzian dla Šimundžy
Paradoksalnie obecna przerwa w rozgrywkach daje władzom Śląska komfort, którego zwykle w podobnych sytuacjach nie ma. Nie trzeba podejmować decyzji w nocy po meczu. Šimundža otrzyma kilka tygodni pracy bez presji kolejnego ligowego spotkania. Nowi piłkarze dostaną czas na trening. Sztab będzie mógł przeanalizować problem końcówek, ustawienia środka pola i funkcjonowania zespołu bez Samca-Talara. Kapitan Śląska pewnie wróci do gry po przerwie reprezentacyjnej, ale drużyna i tak musi nauczyć się funkcjonować bez niego. Uzależnienie gry całego zespołu od jednego zawodnika byłoby skrajnie ryzykowne.
Po przerwie powinien rozpocząć się właściwy egzamin. Wtedy nie będzie już miejsca na wiele dzisiejszych usprawiedliwień. Kadrowicze i kontuzjowani zaczną wracać. Linetty będzie po kolejnych tygodniach pracy z drużyną. Zespół powinien być bardziej zgrany. Trener dostanie czas treningowy, którego w środku regularnych rozgrywek zwykle brakuje. Jeżeli mimo tego Śląsk nadal będzie przegrywał, wyglądał coraz gorzej i pozostawał w strefie bezpośredniej walki o utrzymanie, argumenty za zmianą szkoleniowca staną się znacznie mocniejsze.

Zwolnienie teraz byłoby decyzją opartą przede wszystkim na strachu
Śląsk może spaść z Ekstraklasy i po dziewięciu meczach nie da się już tego zagrożenia bagatelizować. Sześć zdobytych punktów musi niepokoić władze klubu, a Ante Šimundža z pewnością nie zasługuje dziś na bezwarunkowy kredyt zaufania. Czym innym jest jednak wymaganie poprawy, a czym innym uznanie we wrześniu, że cały projekt należy zakończyć.
Zwolnienie szkoleniowca po dziewięciu kolejkach oznaczałoby zmianę kierunku dokładnie w momencie, w którym kadra została przebudowana, część najważniejszych transferów dopiero niedawno dołączyła do drużyny, a jej kluczowy zawodnik ofensywny wypadł z gry. Byłaby to bardziej reakcja na strach przed kolejnym spadkiem niż decyzja wynikająca z wyczerpania możliwości obecnego trenera.
Na dziś rozsądniejsze wydaje się postawienie Šimundžy jasnego warunku. Śląsk po przerwie reprezentacyjnej musi zacząć punktować. Nie za kilka miesięcy, nie na wiosnę tylko teraz.
Šimundža powinien dostać czas, ale nie czek in blanco
Najbliższych kilka spotkań powinno pokazać, czy Śląsk rzeczywiście przechodzi przez trudny, ale potrzebny etap przebudowy, czy też problemy są na tyle głębokie, że drużyna znów zaczyna zmierzać w stronę walki o utrzymanie. Šimundža ma argumenty, aby dostać możliwość udzielenia tej odpowiedzi. Awansował z zespołem, przeprowadza go przez dużą przebudowę, nie miał od początku sezonu kompletnej kadry, a teraz stracił swojego najważniejszego piłkarza. Jednocześnie drużyna nie została przez ligę zmiażdżona. W wielu spotkaniach była o jedną akcję od zdecydowanie lepszego dorobku punktowego.
Trener musi jednak także udowodnić, że potrafi wyciągać wnioski. Śląsk musi przede wszystkim przestać tracić punkty w podobny sposób. Powtarzające się błędy w końcówkach, nietrafione wybory personalne na początku spotkań i uzależnienie ofensywy od Samca-Talara to problemy, za które odpowiedzialność ponosi również sztab szkoleniowy. Nie oznacza to jednak, że po dziewięciu kolejkach najlepszym rozwiązaniem jest zmiana trenera. Wyniki są zdecydowanie poniżej oczekiwań, a zagrożenie walką o utrzymanie trzeba traktować poważnie. Šimundža popełnia błędy i najbliższe tygodnie powinny być dla niego okresem wzmożonej oceny, a nie bezwarunkowego zaufania.
Na dziś zwolnienie szkoleniowca wydaje się jednak przedwczesne. Śląsk znajduje się w środku przebudowy, część nowych zawodników dopiero niedawno dołączyła do zespołu, a trener przez znaczną część sezonu nie dysponował kadrą w docelowym kształcie. Dopiero kolejne mecze pokażą, czy potrafi wykorzystać ten potencjał i wyprowadzić drużynę z obecnej sytuacji. Zmiana szkoleniowca ma sens wtedy, gdy klub jest przekonany, że to trener hamuje rozwój zespołu i że ktoś inny może z dostępnego materiału wydobyć zdecydowanie więcej. Po dziewięciu kolejkach, w trakcie głębokiej przebudowy i bez najważniejszego zawodnika drużyny, takich dowodów jeszcze nie ma. Po przerwie reprezentacyjnej może być jednak inaczej.
Następne tygodnie powinny być dla Ante Šimundžy najważniejszym testem od momentu, gdy objął Śląsk.
