Jeszcze zimą mało kto wierzył, że ten Śląsk Wrocław będzie w stanie wrócić do Ekstraklasy bez baraży. W klubie panował chaos, drużyna była mentalnie rozbita, a wokół Ante Šimundžy narosło wiele znaków zapytania. Dziś wrocławianie wracają do elity, a Rafał Grodzicki w szczerej rozmowie opowiada o tym, jak wyglądała odbudowa zespołu od środka. O autorytecie trenera, zmianie atmosfery w szatni, kulisach transferów, pracy scoutingu, relacjach z agentami i problemach, które w Śląsku wciąż pozostają do rozwiązania.
– Piotr Potępa: Zanim przejdziemy do piłki, musimy wrócić do początku naszej relacji. Po moim tekście o tobie z listopada 2024, kiedy Śląsk ogłosił cię dyrektorem sportowym wybuchła spora burza i dziś mogę uczciwie powiedzieć, że kilka rzeczy powinienem wtedy zrobić lepiej. Przede wszystkim powinienem był zadzwonić do ciebie osobiście i skonfrontować pozyskane informacje. Zdecydowanie niepotrzebnie też pojawił się tam też wątek twojej partnerki Darii. Dziś z perspektywy czasu wiem, że nie powinno się to wydarzyć.
– Rafał Grodzicki: To chyba właśnie najbardziej mnie zabolało, że została w to wciągnięta Daria. Później bardzo mocno żyło to też w mediach społecznościowych. Samo to, że ludzie piszą o mnie dobre albo złe rzeczy, nie było dla mnie niczym nowym. Tak wyglądało właściwie całe moje piłkarskie życie. Problem polegał na tym, że tym razem za mocno poszło to w stronę mojej rodziny. Mam córkę, moi rodzice też zaczęli to czytać, a wiele rzeczy zwyczajnie się tam nie zgadzało.
Wpis o pozwie nie był zresztą moją impulsywną reakcją. To była decyzja poprzedzona rozmowami z wieloma ludźmi. Dziennikarzami, prezesami klubów czy prawnikami. Czy coś ugrałem tym wpisem? Tak. Twój artykuł przestał się dalej powielać. W obiegu zaczął funkcjonować bardziej mój wpis niż sam tekst, więc w pewnym sensie udało mi się zatrzymać całą sytuację.
Gdybyśmy rzeczywiście poszli do sądu, były tam trzy tezy, które bardzo łatwo byłbym w stanie obalić i po prostu wygrać tę sprawę. Ale z mojej strony szacunek dla ciebie za to, że przyjechałeś i potrafiliśmy normalnie porozmawiać.
Właśnie o to miałem cię zapytać. Co konkretnie sprawiło, że finalnie odpuściłeś ten pozew?
Zaimponowało mi wtedy to, że przyjechałeś pogadać twarzą w twarz. Widziałem zresztą, że dużo cię to kosztowało. Było po tobie widać, że to nie była dla ciebie łatwa sytuacja.
Dlatego dziś na wejściu wspomniałem, że przy tym spotkaniu towarzyszą mi już zupełnie inne emocje.
Cieszę się, że mieliśmy okazję się poznać, bo dziś możesz już trochę więcej powiedzieć o mnie jako o człowieku. Ja zresztą ciebie też poznałem i myślę, że takie sytuacje po prostu czasem się zdarzają. Sam w życiu popełniłem błędy i pewnie też niejedną osobę oceniłem, zanim naprawdę ją poznałem. Dla mnie najważniejsze jest jednak to, że swoją pracą staram się pokazywać, że idę do przodu, rozwijam się i staję się coraz lepszy. Być może dołożyłem też jakąś cegiełkę do tego, że dziś jesteśmy w miejscu, w którym Śląsk znajduje się obecnie.
Dziś, po tym awansie, masz poczucie, że może nie tyle odbudowałeś, co zbudowałeś swoją pozycję, wiarygodność i szacunek kibiców wobec siebie?
Nie, bo w piłce wszystko potrafi zmienić się bardzo szybko. Mogą minąć dwa tygodnie w Ekstraklasie i cała narracja nagle się odwróci. Dla mnie to tak nie działa. Największą dumę czuję z czegoś innego. Z obrazów, które zostają w głowie po tym półtora roku pracy w klubie. Jednym z nich jest mecz z Lechem Poznań i dwie bramki Assada.
A najmocniejszy obrazek?
Zdecydowanie koniec meczu z Polonią Bytom i moment, w którym drużyna podrzuca trenera w górę.

No to podsumujmy ten sezon. Jeszcze jesienią wiele osób nie wierzyło, że ten zespół będzie w stanie wrócić do Ekstraklasy. W tamtym momencie trudno było nawet realnie myśleć o barażach. Kiedy pierwszy raz pomyślałeś sobie: „kurde, my naprawdę możemy to zrobić”?
Momentem przełomowym była dla mnie Polonia Warszawa. Zwycięstwo w Warszawie, i to bardzo przekonujące, z naprawdę mocnym zespołem. To był też mecz, w którym Luka Marjanac zasłużył na hattricka. Właśnie wtedy pierwszy raz naprawdę uwierzyliśmy, że jesteśmy w stanie zrobić bezpośredni awans.
Kiedy ponownie obejmowałem stanowisko dyrektora sportowego, sytuacja wcale nie wyglądała optymistycznie. Nie pojechaliśmy zimą na zagraniczny obóz i już po pierwszych treningach oraz sparingach zobaczyłem, ile pracy nas czeka. Pamiętam, jak patrzyłem na to, ile zawodnicy muszą dojeżdżać, w jakich temperaturach trenują i w jakim są mentalnym stanie. Widać było po nich ogromne zmęczenie i zniechęcenie. Wtedy pomyślałem sobie, że przed nami naprawdę bardzo trudny okres.
Sztab szkoleniowy też chyba nie miał łatwo.
Kiedy patrzyłem na sztab, miałem podobne odczucia, a może nawet jeszcze mocniejsze. Przez pół roku, gdy byłem szefem skautingu, codziennie obserwowałem Ante. Był bardzo zamknięty w sobie, całkowicie skupiony na pracy, ale w grudniu tej wiary – przynajmniej moim zdaniem – było tam naprawdę niewiele.
To chyba też było po części efektem wszystkiego, co działo się wtedy wokół klubu na poziomie administracyjnym i organizacyjnym. Tego chaosu po prostu nie dało się całkowicie odciąć od drużyny i sztabu.
Starałem się gdzieś to wszystko podtrzymywać i trzymać w ryzach, mimo że formalnie byłem wtedy szefem skautingu. Ale sam styczeń był dla nas bardzo trudny. Nie pojechaliśmy na obóz i to też miało swoje konsekwencje.
Jak trener i sztab przyjęli to, że nie udało się pojechać na obóz?
Ante tego nie kwestionował. Przyjął to w bardzo spokojny sposób. Skoro nie było pieniędzy, to nie jedziemy i przygotowujemy się na miejscu. Ale było po nim widać, że bardzo mu to przeszkadzało, zarówno w samej pracy, jak i w przygotowaniu drużyny pod względem mentalnym.
Dla mnie był to zresztą jeden z ważniejszych tematów. Mówię to wprost. Kompletnie nie zgadzałem się z sytuacją, w której w czerwcu, lipcu, październiku czy grudniu temat obozu wciąż nie był dopięty. Dziś robię wszystko, żeby budżet na zimowy wyjazd był zabezpieczony odpowiednio wcześniej.
Przygotowania do rundy wiosennej w odpowiednich do tego warunkach są bardzo ważne.
Dla mnie zagraniczny obóz zimowy dla takiego klubu jak Śląsk Wrocław to absolutny „must have”. Możemy dyskutować wyłącznie o tym, czy taniej będzie pojechać do Turcji czy do Hiszpanii, ale nie o tym, czy w ogóle powinniśmy zostać w Polsce. To jest zbyt duży klub, zbyt dobrze zorganizowany, żeby przygotowywać się zimą wyłącznie na miejscu.
Niektórzy twierdzą, że piłkarze zaczęli grać lepiej właśnie dlatego, że zostaliście w Polsce.
Kompletnie nie zgadzam się z tą narracją, że pozostanie w Polsce wyszło drużynie na dobre i przygotowało ją do rundy. To jest coś, co można sobie dopowiadać już po fakcie. Prawda jest taka, że było dużo kontuzji, warunki były trudne, momentami niebezpieczne, bo było ślisko i zimno. To nie były to warunki do profesjonalnego przygotowania zespołu.
A był taki moment przełomowy poza boiskiem? Nie konkretny mecz, tylko coś, co wydarzyło się wokół drużyny albo klubu i dało wam poczucie, że to zaczyna iść w dobrą stronę?
Myślę, że czas po meczu z Miedzią Legnica.
Pod kątem atmosfery i mentalu?
Tak. To były cztery dni bardzo ciężkich rozmów. Takich, podczas których wszyscy musieliśmy sobie jasno powiedzieć, że coś trzeba zmienić. Że jeśli chcemy jeszcze uratować ten sezon, to nie możemy dalej funkcjonować w ten sam sposób.
To były rozmowy między tobą a sztabem, czy bardziej między tobą, sztabem i piłkarzami? A może wszyscy usiedliście wtedy razem?
Nie, to były przede wszystkim rozmowy między mną a Ante. Po miesiącu pracy bardzo dużo już widziałem. Często jestem blisko szatni, obserwuję, jak funkcjonują zawodnicy. Myślę zresztą, że oni też mają świadomość, że przez swoje kontakty z piłkarskiego środowiska sporo rzeczy do mnie dociera. Nawet jeśli coś jest mówione półgębkiem czy gdzieś na boku, to i tak wcześniej czy później trafia do mnie. Staram się jednak wykorzystywać tę wiedzę wyłącznie w taki sposób, żeby drużyna mogła na tym skorzystać. Kluczowe były jednak rozmowy z Ante. Kiedy sprowadzaliśmy go do klubu, wiedziałem jedno. Potrzebuję trenera autokraty. Poświęciłem z Mateuszem Kamowskim bardzo dużo czasu na rozmowy z trenerami. Mieliśmy na finiszu pięć nazwisk i szukaliśmy kogoś, kto będzie w stanie naprawdę przejąć ten klub i tę szatnię.

Spory wybór jak na końcowy etap rekrutacji.
Wykonaliśmy wtedy naprawdę tytaniczną pracę, żeby zebrać pełny wywiad środowiskowy o każdym trenerze. Chcieliśmy wiedzieć wszystko. Jaki jest poza klubem, jaki jest w codziennej pracy, jak rozmawia z zawodnikami, czy w ogóle z nimi rozmawia i jak reaguje szatnia. To była ogromna ilość wiedzy. Ante idealnie pasował nam jako trener-autokrata, bo tę szatnię trzeba było po prostu podnieść i ustawić na nowo. On często nie musiał nawet nic mówić. Wystarczyło, że spojrzał. Pamiętam sytuacje z tamtego okresu, kiedy Szwaniu – wielka postać w drużynie – przychodzi do mnie i mówi, że jest zmęczony, że chciałby odpuścić jeden trening albo trochę zwolnić.
To chyba pytanie do trenera, a nie dyrektora sportowego?
Ja właśnie zawsze odpowiadałem, że to nie do mnie należy taka rozmowa. Od tego jest trener. Mówiłem: „idź do trenera”. Szwaniu na to, że z trenerem się nie rozmawia. Później jeszcze dwóch innych zawodników przychodziło z podobnym podejściem. Ja zresztą zachęcałem ich, żeby jednak próbowali rozmawiać indywidualnie. Powtarzałem im też, żeby nie szli do niego jako rada drużyny, bo wiedziałem, że to mogłoby przynieść odwrotny efekt.
To do rozmów byli wyznaczeni konkretni piłkarze, czy zawodnicy po prostu trochę się go bali?
Może nie chodziło nawet o strach. Bardziej o bardzo duży respekt wobec niego. Ja już w lutym widziałem, że ta drużyna cały czas czuje przed nim ogromny respekt. Dlatego musieliśmy trochę popracować nad tym, żeby Ante stał się dla tych zawodników bardziej takim piłkarskim ojcem niż wyłącznie surowym szefem. Myślę, że finalnie to się udało.
Udało się też przeprowadzić wiele innych zmian.
Zmieniliśmy też trochę sam system gry. Jedną z najważniejszych rzeczy było to, że namawialiśmy Ante, aby czasami oddawać piłkę rywalowi. Nie musimy przecież kontrolować meczu wyłącznie poprzez posiadanie. Bardzo dużo pracy wykonaliśmy też nad defensywą.
Oczywiście wiele osób będzie mówiło o transferach Lamine Ba czy Mokrzyckiego i trudno się z tym nie zgodzić, bo oni naprawdę dużo dali tej drużynie. Ale według mnie dużo dał również Timotej Jambor. Jasne, kibice zapamiętali przede wszystkim debiut i dwie bramki, ale dla nas istotne było coś innego. To był zupełnie inny profil napastnika, którego potrzebowaliśmy do utrzymywania piłki i budowania gry.
Kluczowe było też dla mnie lepsze wykorzystanie Piotra Samca-Talara. Opaska kapitańska nie była przypadkiem. To był plan, który budowaliśmy od dłuższego czasu.
Zmiana kapitana w trakcie sezonu bywa jednak ryzykowna.
Musieliśmy zrobić to w bardzo odpowiedni sposób. Żeby ten ruch miał sens i nie wywołał konfliktu w szatni, najpierw musiałem sprzedać Serafina Szotę. Nie chciałem sytuacji, w której komuś odbiera się opaskę i przekazuje ją komuś innemu, bo to mogłoby zostać źle odebrane. To było kluczowe.
Bardzo ważne były też negocjacje z Sigmą i wygenerowanie konkretnych pieniędzy za Kubę Jezierskiego. Dzięki temu mogliśmy przeznaczyć część tych środków na dwa ruchy transferowe, które wykonaliśmy zimą.
Jak dużą rolę odegrała zmiana mentalności? Bo z zewnątrz wyglądało to trochę tak, jakby ta drużyna nagle przestała bać się własnej presji i po prostu zaczęła grać z dużo większą pewnością siebie.
Myślę, że kluczowe było przede wszystkim zmniejszenie kadry i postawienie na konkretną grupę zawodników. Tak naprawdę oparliśmy wszystko na dwunastu piłkarzach, a rolę uzupełniającą pełnili głównie młodzi zawodnicy wchodzący z ławki. Bardzo ważne było też odpowiednie utrzymanie w drużynie tych, którzy nie grali regularnie. Jednym z kluczowych przykładów był tutaj Dijaković. Może nie było tego widać z zewnątrz, ale dla atmosfery w szatni miał ogromne znaczenie.
Najlepiej pokazuje to zresztą film z radości po awansie. Na podeście w szatni stoją wtedy między innymi Szromnik i właśnie Dijaković. Dla mnie to był bardzo ważny obrazek.
Czyli trochę taki nasz wrocławski „Atmosferić”?
Nie nazwałbym go „atmosfericiem”. Dla mnie Marko był raczej takim liderem grupy obcokrajowców. Kimś, kto sprawił, że wszyscy zaczęli się ze sobą mieszać i funkcjonować jak jedna drużyna. W tym wszystkim był absolutnie kluczowy.
Mental budowaliśmy później. Oczywiście łatwiej robi się to po zwycięstwach, ale charakter drużyny buduje się również w problemach. A tych nam przecież nie brakowało. Mimo wielu trudnych momentów potrafiliśmy się scalać i coraz bardziej otwierać na siebie. Bardzo dużo rozmawialiśmy.
Myślę też, że ważny sygnał dał sam trener. Zawodnicy zobaczyli, że potrafi z nimi pożartować na treningu, uśmiechnąć się, trochę skrócić dystans. To również miało znaczenie.
Czyli przestał być już tylko takim poważnym panem trenerem?
Myślę, że to było najważniejsze. Ante pokazał zawodnikom, że jest jednym z nich.
Nie ukrywam też, że bardzo trudna dla nas sytuacja, czyli pobicie Sokołowskiego, jeszcze mocniej scaliła ten zespół.
Właśnie, skoro mówimy o jeszcze mocniejszym scalaniu drużyny. Nie masz wrażenia, że cała awantura z Wisłą Kraków i późniejszy walkower dał wam dodatkowe paliwo? Rozmawiałem z kilkoma osobami, które twierdzą, że tamta sytuacja trochę podała wam tlen i jeszcze bardziej was zmobilizowała.
Absolutnie nie. Ja uważam, że tamta sytuacja wcale nie była nam potrzebna jako dodatkowe paliwo, bo ja ten mecz po prostu chciałem rozegrać. Wiedziałem, że w tamtym momencie jesteśmy w stanie wygrać z Wisłą Kraków na boisku.
Na tamten moment wyglądało to zresztą tak, jakbyście byli w nieco lepszej formie niż Wisła.
Wiadomo, że dziś mogę tak mówić już z perspektywy czasu, zwłaszcza że pierwszy mecz przegraliśmy z Wisłą 0:5. Ale naprawdę wierzyliśmy, że u siebie jesteśmy w stanie z nimi wygrać. To już oczywiście pozostanie tylko hipotezą i nie ma sensu do tego wracać, ale ja byłem przekonany, że nasza drużyna spokojnie poradziłaby sobie wtedy z Wisłą u siebie.
Cała ta sytuacja wcale nam nie pomogła. Przez cały tydzień żyliśmy w niepewności. Czy ten mecz w ogóle się odbędzie, czy nie. Drużyna była przygotowywana do gry, a później nagle wszystko stanęło pod znakiem zapytania. To wręcz wybiło nas trochę z rytmu i dobrej dyspozycji.

Zaburzenie rytmu meczowego.
Otóż to. Dlatego absolutnie nie zgadzam się z narracją, że brak meczu z Wisłą dał nam jakiś dodatkowy tlen. Sami daliśmy go sobie wcześniej, przede wszystkim po pierwszym meczu z Odrą Opole. Wtedy naprawdę uwierzyliśmy w siebie, zagraliśmy efektownie i efektywnie.
Temat Wisły bardziej generował chaos niż pomagał drużynie. Z tyłu głowy cały czas pojawiały się pytania. Co będzie z walkowerem? Co wydarzy się dalej? Czy nie pojawią się kolejne komplikacje? To nie działało pozytywnie na zespół.
Paradoksalnie jednak właśnie w tym całym zamieszaniu udało nam się jeszcze bardziej scalić drużynę. W tej rundzie przygotowaliśmy z trenerem taką atmosferę, w której praktycznie nie było ludzi niezadowolonych z roli czy liczby minut. To sprawiło, że jeden zawodnik był gotowy umierać za drugiego. Zarówno na treningu, jak i w meczu. Myślę, że to była nasza największa broń.
To jeszcze wróćmy na chwilę do samego spadku. Co było trudniejsze tuż po nim, odbudowanie jakości sportowej czy posprzątanie całej atmosfery wokół klubu? Mam na myśli zarówno kwestie mentalne w szatni i wśród pracowników, jak i cały medialny chaos, który wtedy panował wokół Śląska.
Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo w tamtym czasie byłem dyrektorem skautingu i praktycznie w stu procentach skupiałem się na pracy związanej właśnie ze scoutingiem. Nie zarządzałem wtedy ludźmi wokół klubu, nie odpowiadałem za kontakt ze sztabem czy funkcjonowanie całej organizacji. Dla mnie kluczowy był przede wszystkim wyjazd do Chorwacji i przekonanie Ante, że warto zostać w Śląsku. Dużo pracy wykonaliśmy też na poziomie rozmów z agentami. Mamy bardzo dobre relacje i właśnie to było dla mnie najważniejsze, żeby dalej móc spokojnie pracować wokół budowy tej drużyny.
Ivica Vrdoljak jest agentem Ante?
Adrian Aliaj to bardzo duży agent. Albańczyk, właściciel całej agencji i człowiek mający mocną pozycję na rynku. Ivo z kolei jest jego współpracownikiem. My właściwie cały czas funkcjonowaliśmy w takim trójkącie kontaktowym i to było kluczowe, bo dzięki temu mogliśmy dalej budować wszystko wokół trenera Šimundžy. Później doszło już odpowiednie dobieranie zawodników. Ale jeśli miałbym wskazać najtrudniejszy moment, to był nim pierwszy tydzień po spadku. To był naprawdę bardzo ciężki czas. Choć szczerze mówiąc, uważam, że najgorszym momentem całego tego okresu była sytuacja ze Szwaniem. Do dziś mam poczucie, że gdyby nie tamte wydarzenia, Śląsk po prostu by się utrzymał.
Też słyszałem takie głosy i sam miałem podobne odczucia. Taka sytuacja rozwala właściwie wszystko. Nie tylko sportowo, ale przede wszystkim mentalnie.
Oj, totalnie. To była bardzo nieprzyjemna sytuacja, a cała drużyna była jej świadkiem. Wszystko wydarzyło się przecież w autobusie, więc zawodnicy widzieli, co się dzieje. To później odbijało się praktycznie na każdym treningu. Naprawdę na każdym. A kiedy okazało się, że Szwaniu trafił na salę operacyjną i pojawiły się poważniejsze obawy o jego zdrowie, to sam miałem przez co najmniej tydzień takie myśli, że człowiek zaczyna inaczej patrzeć na pewne rzeczy. Wtedy naprawdę dochodzisz do wniosku, że są w życiu sprawy dużo ważniejsze niż utrzymanie w Ekstraklasie.
Dobra, to przejdźmy może do przyjemniejszych rzeczy. Gdy patrzysz na cały ten sezon z perspektywy dyrektora sportowego, z czego jesteś najbardziej dumny?
Myślę, że już trochę o tym powiedziałem. Najbardziej dumny jestem z tego obrazka po meczu w Bytomiu, kiedy drużyna podrzuca Ante Šimundžę. Może to nie jest najbardziej oczywista odpowiedź, ale właśnie to było dla mnie w styczniu najtrudniejsze do zbudowania. Stworzenie zespołu, który będzie gotowy iść za trenerem w ogień. Uważam, że to się udało i właśnie dzięki temu zrobiliśmy ten awans. Oczywiście, dołożyliśmy nowych zawodników, zmieniliśmy system gry, poprawiliśmy wiele elementów piłkarskich, ale kluczowy był mental i połączenie drużyny z trenerem oraz sztabem.
Właśnie w taki sposób rodzi się sukces.
To teraz spójrzmy na to z drugiej strony. Jest coś, czego mimo awansu najbardziej żałujesz? Coś, co dziś zrobiłbyś inaczej?
Najbardziej żałuję odejścia Assada w lipcu.
Właśnie o to też chciałem zapytać. Jak ta sytuacja finalnie się rozwiązała? Bo Assad uciekł przecież w momencie, gdy miał jeszcze ważny kontrakt.
My finalnie go sprzedaliśmy. Szczerze mówiąc, gdybym wtedy był już dyrektorem sportowym, to myślę, że nie podjąłbym takiej decyzji.
Żeby go sprzedać?
Ja na pewno bym wtedy poczekał. Problem polega na tym, że my nawet nie dostaliśmy pieniędzy wpisanych w kontrakcie jako klauzula odstępnego.
Dziś wiem też, że po tygodniu Assad był już bliski zmiany zdania, bo na stole leżała dla niego naprawdę duża kara finansowa. Ja znałem go na tyle dobrze, że wiedziałem jedno. On wcześniej nie zarobił takich pieniędzy, żeby móc sobie taką karę po prostu zapłacić.

Może agent mu namącił w głowie?
Znałem też bardzo dobrze jego agenta. Nie chcę używać mocnych słów, ale uważam, że był po prostu bardzo niepoważny. Wiedziałem nawet, jaką prowizję dostał od nas i pamiętam sytuację, gdy wynajął prywatny odrzutowiec, żeby przylecieć do Wrocławia, zrobić zdjęcia przy podpisaniu kontraktu Assada i budować wokół siebie pewien wizerunek.
Pokazówka?
Dokładnie. To był trochę taki pokaz pod publiczkę, bo wrócił już normalnym samolotem. My doskonale wiedzieliśmy, z kim mamy do czynienia. Dlatego kiedy pojawił się temat transferu do Rumunii i przyszło zapytanie, odpowiedź z mojej strony była bardzo prosta. Albo płacicie kwotę zapisaną w kontrakcie, albo nie zawracacie nam głowy. Finalnie nie dostaliśmy pełnej kwoty wynikającej z zapisów kontraktowych, a dodatkowo płatności zostały rozłożone w czasie. Dla mnie to było nieakceptowalne, ale nie miałem na to wpływu.
Dziś uważam, że ten zawodnik może być wart nawet trzy-cztery miliony euro. Oddaliśmy go zbyt łatwo i tego najbardziej żałuję.
Pytanie czy dałoby się go zatrzymać?
Myślę, że warto było walczyć o niego do samego końca, nawet zostawiając mu kontrakt na poziomie Ekstraklasy. Tym bardziej że nie zarabiał tutaj przecież gigantycznych pieniędzy. Ostatecznie udało nam się jednak znaleźć następców na poziom pierwszej ligi i osiągnąć najważniejszy cel, czyli awans. Choć łatwo na pewno nie było.
Zdecydowanie łatwo nie było i tego będzie dotyczyć kolejne pytanie. Był w tym sezonie moment, kiedy naprawdę poczułeś, że możesz stracić tę drużynę? Że coś może się rozsypać albo wymknąć spod kontroli?
Na szczęście chyba nie było takiego momentu. Bardzo szybko złapaliśmy rytm, bo już od trzeciej kolejki tej rundy zaczęliśmy ten nasz marsz.
Czyli nawet po meczu z Miedzią nie miałeś takiej chwili, że pomyślałeś sobie: „kurde, to nam się może za chwilę wszystko rozjechać”?
Nie, bo już mecz z Ruchem pokazał nam, że cały czas popełniamy te same błędy i tracimy gole po kontratakach. Z kolei spotkanie z Miedzią dobitnie uświadomiło nam, że wyjazdowo wygląda to dokładnie tak samo.
Kiedy mówiłem publicznie, że chcę pomóc trenerowi, to nie były słowa rzucane pod media. Ja naprawdę wiedziałem, że jestem w stanie pomóc. Jestem człowiekiem, który lubi narzucać swój tok myślenia i nie zawsze jestem łatwy we współpracy, ale właśnie po meczu z Miedzią zaczęliśmy bardzo mocno rozmawiać o zmianach.
Tutaj muszę podkreślić jedno. Ante okazał się trenerem bardzo elastycznym. On uwielbia rozmawiać. Oczywiście ma ogromną charyzmę i finalnie wszystko musi być zgodne z jego wizją, ale zauważyłem, że potrafił słuchać. Nie zawsze od razu zgadzał się ze wszystkim, ale później przychodziłeś na trening i widziałeś: „O! Zastosował to”.
W tym wszystkim zresztą chyba nie byliście sami?
To była jedna wielka burza mózgów, bo w tym wszystkim był jeszcze prezes i cały sztab. Wszyscy zaczęli mówić więcej i być bardziej otwarci. Dlatego uważam, że sukces, z którego dziś się cieszymy, nie jest wyłącznie zasługą Ante czy moją. To efekt pracy całego sztabu, całego pionu sportowego, ale też Darka Sztylki, bo to on zaczynał budowę tego zespołu.
Masz wrażenie, że po spadku cały klub trochę się oczyścił? Że zostali ludzie, którzy naprawdę chcieli odbudować Śląsk, a nie tylko funkcjonować wokół niego?
Myślę, że już mniej więcej od trzeciej kolejki rundy rewanżowej jeszcze w Ekstraklasie zacząłem widzieć, że w tym klubie coś naprawdę zaczyna się zmieniać. Kiedy tutaj przychodziłem, miałem momentami wrażenie, że każdy bardziej patrzy na siebie i na własny interes. Przyjście Ante totalnie zmieniło jednak sposób myślenia szatni. Bardzo dobrym przykładem był Kuba Świerczok. Kiedy sprowadzaliśmy Assada, zakładaliśmy, że będziemy mieli trzy-cztery tygodnie na spokojne wdrożenie go do zespołu, bo Świerczok był wtedy w kapitalnej formie. To właśnie Kuba zaczął nadawać tej drużynie mentalność zwycięzców. Ta szatnia naprawdę zaczęła się wtedy mocno zmieniać.
Myślę też, że dziś w Śląsku zaczyna się budowanie prawdziwych fundamentów. Wcześniej często wyglądało to tak, że funkcjonowało przekonanie: „jakoś to będzie, miasto i tak dołoży”.
„Jakoś to będzie, miasto i tak dołoży” plus ciągłe zmiany administracyjne i nakładające się na siebie koncepcje budowy drużyny i całego klubu.
Dziś idealnym scenariuszem byłoby dla mnie to, że nawet jeśli kiedyś mnie tutaj zabraknie i wrócę za rok czy dwa lata do klubu jako gość, to zobaczę, że pewne rzeczy dalej funkcjonują dokładnie tak, jak sobie je zaplanowaliśmy. Wtedy pomyślę sobie: „kurczę, to miało sens”.
Pamiętam, jak przychodziłem do Śląska i wiele osób śmiało się ze mnie, gdy mówiłem, że chcę budować ten klub na ludziach z Wrocławia. Słyszałem wtedy, że takie pomysły można sobie między bajki włożyć.
Śmiali się, bo już nie jeden i nie dwóch prezesów czy dyrektorów obiecywało budowę klubu na ludziach i zawodnikach stąd.
Dziś w sztabie mamy Dziakowicza, Gomołę, Kapelana i Gładocha. Czterech ludzi, których dołożyliśmy do tego projektu i z których Ante jest naprawdę bardzo zadowolony. Trener nie wyobraża sobie dziś sztabu w innym kształcie. Nie chcemy się na tym zatrzymywać. Dalej próbujemy wzmacniać klub również od środka. Chcemy rozwijać kolejne osoby, inwestować w ludzi związanych z Akademią. Przykładem może być choćby temat dietetyki. Jest Ola Zagrodna, ale jest też chłopak z Akademii, którego również chcemy rozwijać. Dla nas najważniejsze jest budowanie fundamentów. Takich prawdziwych fundamentów pod funkcjonowanie klubu.
Moim marzeniem jest sytuacja, w której jeśli kiedyś Ante odejdzie to my nie będziemy musieli wywracać wszystkiego do góry nogami. Chciałbym, żebyśmy po prostu dobrali nowego trenera do już istniejącej struktury. Żeby cała kadra, filozofia pracy i strategia klubu były zbudowane niezależnie od jednego nazwiska.

Pytanie, czy są trenerzy, którzy się zgadzają na to, żeby przyjść bez swojego sztabu?
Jeśli się nie zgodzą to tu nie przyjdą. To jest właśnie element strategii klubu. Na początku Ante chciał przyjść z pięcioma asystentami, finalnie pojawił się z czterema. Ale dziś, po tym wszystkim, szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie sytuacji, w której trener przychodzi do Śląska z trzema czy czterema swoimi ludźmi i całkowicie przejmuje strukturę.
To wywala całą organizację do góry nogami i zmusza do budowy wszystkiego od zera.
Albo akceptujesz zasady funkcjonowania klubu, albo po prostu cię tutaj nie ma. To działa w obie strony. Ante też musiał zaakceptować pewne rzeczy. Między innymi to, że dyrektor sportowy ma swoją działkę i trener się w nią nie miesza. Tak samo jak ja nie wchodzę mu w stu procentach w kwestie sportowe i treningowe. Oczywiście rozmawiamy o wszystkim, ale ostateczna decyzja należy do trenera.
Najważniejsze jest to, że mówimy jednym głosem. Do dziś nie było sytuacji, żeby Ante przyszedł do mnie i powiedział: „Rafał, ja chcę tego zawodnika i koniec”.
To ciekawe, bo można było usłyszeć wiele komentarzy, że na tego zawodnika uparł się Ante, na tego Sztylka, a na tego Grodzicki.
Dam ci przykład. Półtora roku temu jeden z agentów wysłał trenerowi profil zawodnika. Ante przyszedł do mnie i mówi: „Rafał, bo agent nie daje mi spokoju, mogę ci wysłać tego zawodnika?”. Odpowiedziałem: „Jasne, wyślij”. Patrzę na profil i mówię: „Ante, my już go mamy w bazie. Jest mniej więcej dwunasty na liście, szkoda naszego czasu”. A on spokojnie odpowiedział: „OK, mi na nim nie zależy”. Następnego dnia dzwoni ten agent i pyta: „to co, Rafał, robimy transfer?”. Pytam: „jaki transfer?”. A on na to, że przecież trener jest zachwycony zawodnikiem. Odpowiedziałem mu wtedy bardzo prosto: „to rób transfer z trenerem”. Agent był zaskoczony, więc tłumaczę mu: „pierwszy profil wysłałeś do trenera, a nie do mnie. Pominąłeś dyrektora sportowego, a ja czegoś takiego nie akceptuję”.
Porządek musi być.
Ktoś może się na mnie za to obrażać, ale dla mnie właśnie tak buduje się poważny klub. Śląsk Wrocław jest zbyt dużą organizacją, żeby za każdym razem uginać się pod jednego, drugiego czy trzeciego agenta. Albo akceptujesz nasze zasady, albo po prostu znajdziemy kogoś innego. Cały proces transferowy jest dziś bardzo uporządkowany. Po każdym oknie transferowym robimy pełne podsumowanie. Analizujemy, co zrobiliśmy dobrze, co źle i jakie wnioski trzeba wyciągnąć. Mamy podział na liderów, ważnych zawodników, zmienników, młodych piłkarzy.
Wszystko jest aż tak szczegółowo posegregowane?
Młodzieżowcy, obcokrajowcy do lat 23, zawodnicy z potencjałem sprzedażowym. Analizujemy nawet kolejność ruchów transferowych. Wyciągnęliśmy choćby wnioski z poprzednich okienek, że za szybko skupialiśmy się na transferach typu „B”, zamiast najpierw domykać tych A. Dziś to wszystko jest dużo bardziej poukładane i przemyślane.
A i B to jest jakaś ocena umiejętności?
Transfery typu „A” traktujemy jako zawodników do podstawowego składu, a „B” bardziej jako zabezpieczenie kadry czy opcję rozwojową. Wszystko jest dokładnie rozpisane. Umówiliśmy się z Ante, że do momentu awansu scouting normalnie pracuje nad zawodnikami, których chcemy sprowadzić, ale gdy tylko zapewnimy sobie Ekstraklasę, od razu siadamy i pokazujemy cały plan budowy drużyny pod nowy sezon.
To zresztą nie wygląda tak, że ja próbuję zgadywać, czego trener może chcieć. My rozmawiamy codziennie. O składzie, o młodych zawodnikach, o tym, czego potrzebujemy, a czego nie. Po meczach robimy analizy, jestem na odprawach z drużyną, więc przygotowanie takich prezentacji nie stanowi problemu.
Omówienie planów transferowych na Ekstraklasę już za wami?
Dosłownie dwa dni temu mieliśmy kolejne spotkanie. Pokazaliśmy już trzy konkretne profile zawodników, których chcemy sprowadzić. Rozmawialiśmy też o tym, jak ma wyglądać kadra. Kogo wypożyczyć, z kim się pożegnać i ilu potrzebujemy transferów „A”, czyli zawodników do pierwszego składu, a ilu „B”, bardziej rozwojowych lub przygotowywanych pod przyszłą sprzedaż. To wszystko wynika ze wspólnych rozmów, a nie z tego, że ktoś komuś coś narzuca. Ante po tej prezentacji powiedział po prostu: „top”.
Jednocześnie wyciągamy też wnioski. W tej rundzie bardzo mocno zawęziliśmy kadrę i postawiliśmy na młodość. Dziś jesteśmy jedną z najmłodszych drużyn w pierwszej lidze, a na poziomie Ekstraklasy również bylibyśmy w ścisłej czołówce pod tym względem.
Zamierzacie tę średnią wieku utrzymać w Ekstraklasie?
Jeśli chcemy ustabilizować się w Ekstraklasie to będziemy musieli dołożyć trochę doświadczenia. Dlatego nie wykluczamy sprowadzenia zawodników mających 28, 29 czy nawet 30 lat. To jednak nie zmienia faktu, że w kwestii średniej wieku chcemy utrzymać się w pierwszej ósemce najmłodszych drużyn Ekstraklasy.
Dla nas najważniejsza jednak jest dziś jakość. Później intensywność, czyli parametry motoryczne. Dlatego bardzo mocno pracujemy na platformie SkillCorner. A trzeci element to wywiad środowiskowy, czyli charakter zawodnika. Te trzy rzeczy muszą się zgadzać. Każdy piłkarz przechodzi u nas bardzo dokładną analizę. Mamy określone parametry motoryczne, średnie dla poszczególnych pozycji i jeśli ktoś nie spełnia minimum, którego oczekujemy, po prostu odpada.
Pamiętam zresztą sytuację z Jamborem. Trener wtedy po prostu nam zaufał. Powiedział mi: „Rafał, to twoja decyzja. Jeśli przyjdzie, będę z niego korzystał. Ufam ci”.
Właśnie na takim zaufaniu dziś działamy.
Zauważyłem też, że trzon tej drużyny stał się bardziej polski. To jest efekt świadomej strategii czy bardziej naturalny kierunek wynikający z rynku i możliwości budżetowych?
Absolutnie nie wynika to z tego, że chcemy na siłę budować wyłącznie polską drużynę. Powiedziałbym wręcz odwrotnie. Dziś polscy piłkarze bardzo często są po prostu drożsi.
Narzekał ostatnio na to trener Tułacz.
Zależy nam jednak na tym, żeby mieć w drużynie mocny polski trzon. To jest polski klub i polska szatnia ma swoją specyfikę. Chcemy mieć Polaków w kadrze, szczególnie takich, którzy są w stanie wziąć odpowiedzialność za drużynę w trudniejszych momentach. Dlatego dziś szukamy też doświadczenia właśnie wśród polskich zawodników. Wiemy, że kiedy przychodzi kryzys, to najczęściej właśnie doświadczeni Polacy pomagają utrzymać szatnię. Obcokrajowiec w takiej sytuacji często po prostu myśli bardziej o sobie i o odejściu.
Jeśli natomiast sprowadzamy zagranicznych piłkarzy, to oczekujemy od nich konkretnej jakości. Dla nas obcokrajowiec musi być zawodnikiem do podstawowego składu, kimś, kto realnie podnosi poziom drużyny.
Dobra, sezon mamy już zamknięty, więc przejdźmy do przyszłości. Czujesz dziś, że Śląsk jest już gotowy organizacyjnie i sportowo na Ekstraklasę, czy tak naprawdę ta najtrudniejsza praca dopiero się zaczyna?
Szczerze mówiąc, gdybym chciał, to jeszcze w tym tygodniu jestem w stanie dopiąć trzy transfery. To pokazuje, że jesteśmy przygotowani. Przez ostatnie półtora roku pracowaliśmy nad tym, żeby stworzyć odpowiednie fundamenty. Zbudowaliśmy własną bazę danych, stworzyliśmy własne rozwiązania i dziś rozwijamy to dalej. Pracujemy też nad wykorzystaniem AI, żeby pomagało nam w różnych aspektach analitycznych i scoutingowych. Mamy pomysł, jak to rozwijać.
Jesteśmy więc gotowi do działania, ale jednocześnie wiemy, że przy Ekstraklasie zaczynają się schody związane z negocjacjami. Dziś jesteś blisko transferu, a jutro okazuje się, że trzeba jeszcze mocno dołożyć finansowo.
W klubie musicie teraz bardzo mocno pilnować tych finansów.
Mamy w tej kwestii jasne stanowisko. Nie będziemy przepłacać. Mamy ustaloną hierarchię płac i wiemy, kto w tym klubie może zarabiać najwięcej. Czasami jednak łapię się za głowę, gdy słyszę oczekiwania finansowe niektórych zawodników. Nam wydaje się, że proponujemy naprawdę duże pieniądze, a nagle okazuje się, że przeciętny piłkarz oczekuje dwa razy większej kwoty. Na dziś nie jesteśmy gotowi funkcjonować w takich realiach, ale jednocześnie mamy świadomość, że za pół roku czy rok być może będziemy musieli podnosić poziom finansowy klubu. Tylko że najpierw sami musimy wygenerować na to pieniądze.
Jeśli chodzi o organizację, to uważam, że Śląsk jest dużym klubem, który po powrocie do Ekstraklasy może przyciągnąć sponsorów i firmy chcące pokazywać się na naszym stadionie.
Najważniejsze, żeby na stadionie pokazywali się kibice.
Od początku to powtarzam. Misją klubu powinno być maksymalne wykorzystanie potencjału stadionu, bo tam znajdują się największe możliwości generowania przychodów. Sport jest oczywiście najważniejszy, ale równie ważne są pozostałe obszary funkcjonowania klubu. Marketing, komunikacja czy administracja. One również muszą zacząć przynosić konkretne efekty.

Dobra, to teraz temat który najbardziej interesuje kibiców. Jakie są dziś największe priorytety transferowe przed nowym sezonem?
Priorytetem dziś dla mnie są tematy przedłużenia umów Kurowskiego i Llinaresa. Generalnie chcemy dojść do sytuacji, w której na każdej pozycji będziemy mieć realną rywalizację. Nie będę ukrywał, że szczególnie patrzymy dziś na pozycję numer dziewięć, środek obrony oraz zwiększenie konkurencji w bramce.
Jeśli uda nam się porozumieć z Llinaresem i Kurowskim, to tak naprawdę jedynie na wahadłach będziemy mieli poczucie pełnego zabezpieczenia kadry. Na każdej innej pozycji chcielibyśmy jeszcze albo się wzmocnić, albo przynajmniej mocno podnieść poziom rywalizacji.
A środek pola?
Tam mamy obecnie najmniejszą liczbę zawodników do rywalizacji. W praktyce na wielu pozycjach jest jeden podstawowy piłkarz i młodzi zawodnicy, których nie możemy trzymać kolejnego pół roku w tej samej roli, bo po prostu przestaną się rozwijać.
To prowadzi do kolejnego pytania. Jaki dziś macie plan na takich zawodników jak Ciućka, Szarabura, Wojtczak, Głogowski czy Markowski?
Kontrakt Wojtczaka nie przedłużył się automatycznie, bo miał wpisany próg minutowy, którego ostatecznie nie udało się osiągnąć. Teraz będziemy po prostu rozmawiać o jego przyszłości. Wiem, że jest nim zainteresowanie z różnych klubów, ale dla mnie sytuacja jest jasna. Jeśli Oskar nie miałby być realnie zawodnikiem pierwszej drużyny, to absolutnie powinien zostać wypożyczony. Poziom drugiej ligi jest już dla niego po prostu za mały. Najbardziej naturalnym kierunkiem wydaje się więc wypożyczenie do pierwszej ligi.
Dokładnie podobnie patrzę na Adama Ciućkę. Rozmawiałem już z agentami i wszyscy podkreślają, że ta runda bardzo dobrze wpłynęła na jego rozwój. Dostał minuty w pierwszej drużynie, regularnie grał w drugiej, ale przede wszystkim bardzo dużo dały mu treningi z pierwszym zespołem. Widać po nim, że wygląda dziś zupełnie inaczej jako zawodnik. On również powinien teraz przejść pierwszy poważny etap na poziomie pierwszej ligi.
Podobnie jest z Bartkiem Głogowskim. Uważam, że to ogromny potencjał na przyszłość, ale on także potrzebuje regularnego grania, przynajmniej przez jedną rundę.
Sporo roboty i trzeba to wszystko zrobić rozsądnie.
Dlatego zastanawiamy się nad kilkoma ruchami. Wraca też Wołczek po bardzo dobrej rundzie i tutaj trochę potwierdziło się to, o czym mówiłem wcześniej. Wielu ludzi uważało, że wypożyczenie do drugiej ligi nic mu nie da, a ja patrzyłem na to zupełnie inaczej. Tam zawodnik musi sam zadbać o siebie, sam wywalczyć miejsce w składzie. Jeśli przegrywa rywalizację, to naprawdę to odczuwa. Jeśli wygrywa również. To zupełnie inne funkcjonowanie niż granie w rezerwach.
Dla nas to jest zresztą ważny sygnał, że nawet jeśli ktoś wyrasta już ponad poziom drugiej drużyny, a nie gra jeszcze regularnie w pierwszym zespole, to możemy stworzyć mu konkretną ścieżkę rozwoju poprzez wypożyczenie.
Szukamy też klubu partnerskiego na poziomie pierwszej ligi i myślę, że uda się taki temat dopiąć. Chociaż oczywiście wszystko może się zmienić, jeśli nasza druga drużyna wywalczy awans. Mimo wszystko jestem jednak bliżej modelu, w którym młodzi zawodnicy idą na wypożyczenia na zewnątrz, niż zostają tutaj. W rezerwach nie ma takiej presji wyniku jak w normalnym seniorskim klubie i to robi dużą różnicę w rozwoju piłkarza.
Czy po doświadczeniach z tego sezonu i samej pierwszej ligi inaczej patrzycie dziś na rozwój młodych zawodników? Mam wrażenie, że wcześniej w Śląsku często panowało przekonanie, żeby młodego za wcześnie nie wpuszczać, bo „się spali”.
Generalnie dziś patrzę na to trochę inaczej. Nie oceniam młodych zawodników wyłącznie przez pryzmat tego, jak wyglądają w meczach ligowych. Dla mnie równie ważne jest to, jak rozwijają się na treningach i ile daje im codzienna praca z pierwszą drużyną. Kluczowe jest też odpowiednie prowadzenie takiego zawodnika. Nie może mieć poczucia, że jest tylko piątym kołem u wozu czy chłopakiem do uzupełnienia treningu. On musi czuć, że trener naprawdę bierze go pod uwagę. Rotuje nim podczas zajęć, wrzuca do pierwszej jedenastki na treningach i daje mu realny sygnał, że jest częścią procesu. Dla mnie kapitalnym przykładem jest dziś Dorian Markowski. To chłopak, który praktycznie nie przeszedł przez drugą drużynę. Wyciągnęliśmy go bezpośrednio z zespołu U-19 i rozwija się dokładnie tak, jak powinien. Dostawał też naprawdę dużo szans.
Nawet przy okazji meczów z Polonią Bytom czy ŁKS-em, czyli spotkań o dużej wadze i pod sporą presją i nie zawiódł.
W tej rundzie bardzo mocno poszliśmy właśnie w taki model. Ci młodzi zawodnicy wchodzili, łapali doświadczenie i myślę, że finalnie to się opłaciło. Od razu jednak zaznaczę, że w Ekstraklasie może wyglądać to już trochę inaczej. To jest zupełnie inny poziom i trzeba będzie inaczej zarządzać rozwojem tych chłopaków. Ale pod jednym warunkiem, że wcześniej zostaną odpowiednio wypożyczeni na poziom pierwszej ligi i tam będą regularnie się rozwijać. Mamy zresztą kolejnych młodych zawodników, takich jak choćby Przemek Mazan czy Bartek Sadłocha. Nie ukrywam, że jestem fanem takich chłopaków. Ambitnych, głodnych grania i gotowych do ciężkiej pracy.
To daje też kopa chłopcom, którzy są jeszcze w Akademii i wysyła sygnał, że warto ciężko pracować.
Chcę właśnie pokazać, że już dziś bardzo mocno patrzymy na młodszych zawodników i że będziemy robić to dalej. Mało tego. Na obóz planuję zabrać pięciu chłopaków z Akademii. Chcę również wziąć jednego z trenerów Akademii, żeby mógł podpatrywać pracę Ante Šimundžy. Staramy się patrzeć na rozwój klubu dużo szerzej i bardziej globalnie. Tak jak mówiłem wcześniej. Chciałbym kiedyś zostawić po sobie coś trwałego. Nie na zasadzie napompowanego budżetu czy chwilowego sukcesu, tylko czegoś naprawdę dobrze zbudowanego.
Pogadajmy jeszcze chwilę o kasie. Ile Śląsk może jeszcze realnie zarobić na klauzulach i procentach od transferów takich zawodników jak Jasper, Ortiz, Żukowski, czy Baluta?
Na Ortizie przede wszystkim możemy zarobić wtedy, jeśli będzie funkcjonował przy pierwszej drużynie Atleti. Wiem, że tak właśnie będzie. Pojedzie na okres przygotowawczy z pierwszym zespołem.
Skłamałbym gdybym powiedział, że nie jestem w szoku.
Oczywiście Arnau najpierw musi zadebiutować, ale jeśli zacznie regularnie funkcjonować przy pierwszej drużynie, to nie wyobrażam sobie, żeby nie dostał swoich szans choćby na początku w Pucharze Hiszpanii. Hiszpański rynek bardzo mocno patrzy na takich zawodników, więc uważam, że na nim jesteśmy jeszcze w stanie realnie zarobić.
W Śląsku wielkiego szału nie robił, a tu nagle kręci się przy pierwszej drużynie półfinalisty Ligi Mistrzów. Brzmi niewiarygodnie.
To wszystko opiera się też na zaufaniu. Byliśmy ostatnio na stażu i mamy naprawdę bardzo dobre relacje z Atlético Madryt. Dzięki temu mieliśmy możliwość rozmawiać choćby z samym Fernando Torresem. To właśnie Torres najmocniej zabiegał o transfer Ortiza. Bardzo go chciał i poświęca mu naprawdę dużo czasu.

Tak indywidualnie?
Dokładnie i właśnie to robi różnicę. Ten Ortiz jest dziś trochę innym zawodnikiem niż wtedy, gdy był jeszcze w Polsce. Ale trzeba też uczciwie powiedzieć, że potrzebował czasu. Myślę zresztą, że dziś pewne rzeczy trochę inaczej byśmy z nim poprowadzili i być może szybciej zaczęlibyśmy go rozwijać w określonym kierunku. Ten czas dostał w rezerwach Atlético Madryt i naprawdę bardzo dobrze go wykorzystał.
No dobra, a co z resztą zawodników, o których wspomniałem?
Na Balucie cały czas coś zarabiamy, ale nie są to wielkie pieniądze. Podobnie wygląda sytuacja z Assadem. Tam również mamy pewne procenty, ale nie są to kwoty, które nagle zmieniają budżet klubu. Oczywiście wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby wydarzyło się coś dużego, na przykład, gdyby jego klub awansował do Ligi Mistrzów, ale dziś to raczej dodatkowy bonus niż wielkie wpływy.
Jeśli chodzi o Jaspera, to tam już nic nie zarobimy. Ten temat był rozwiązywany jeszcze wcześniej przez Darka.
Natomiast na Żukowskim cały czas jesteśmy w stanie coś zyskać. Wiem, że wokół niego zaczynają krążyć naprawdę dobre pieniądze.
Słyszałem, że mamy zapewnione 10% od następnego transferu.
Tak, ale trzeba też pamiętać, że część pieniędzy z ewentualnego kolejnego transferu Żukowskiego musimy jeszcze oddać Rangersom. Podsumowując coś na pewno jeszcze z tego będzie. Nie są to może kwoty, które od razu wywrócą budżet do góry nogami, ale jesteśmy w stanie jeszcze trochę na tych ruchach zarobić.
Jak będą wyglądały przygotowania do nowego sezonu? Rozważacie zagraniczny obóz czy jednak skorzystacie z tego, co jest dostępne w Polsce?
Absolutnie nie widzę sensu wydawania dużych pieniędzy latem na zagraniczny obóz, skoro tutaj mamy praktycznie wszystko, czego potrzebujemy. Poza tym Ante sam nie jest fanem dalekich wyjazdów. Dla niego nawet sto kilometrów na sparing to już dużo.
Trzebnicę macie pod nosem.
Szczerze mówiąc, tam warunki są kapitalne. Świetny hotel, boisko tylko dla nas, odpowiednio przygotowane i podlewane. Ante uwielbia mieć pełną kontrolę nad jakością murawy i warunkami treningowymi. Mamy tam właściwie wszystko. Siłownię, bliskość Wrocławia, bardzo dobre warunki organizacyjne. Jeśli pojawia się sparing, jesteśmy też w stanie ściągnąć na niego tysiąc kibiców.
Wszystko się klei.
Nie widzę sensu wydawania dziesięć razy większych pieniędzy na zagraniczny wyjazd, skoro podobne warunki mamy pod nosem. Przy okazji promujemy też miejsce znajdujące się blisko Wrocławia. Nie jestem fanem jeżdżenia za granicę latem tylko dla samego wyjazdu. Tym bardziej że do nas również zaczynają przyjeżdżać coraz lepsze zespoły, z którymi możemy rozgrywać wartościowe sparingi.
Nie przygotowujecie się teraz do europejskich pucharów, więc chyba też nie potrzebujecie aż tak wybitnych sparingpartnerów, prawda?
Potrzebujemy konkretnych sparingpartnerów, ale jesteśmy w stanie zorganizować to tutaj. Nie musimy wyjeżdżać za granicę, żeby grać wartościowe mecze kontrolne.
Masz dziś poczucie, że to, co robicie w Śląsku, to już jest budowanie własnego projektu i własnej tożsamości klubu, czy jednak wciąż bardziej gasicie pożary, które zostały tutaj po poprzednich latach?
No są jeszcze pożary do gaszenia. Dzisiaj mamy jeden konkretny problem, ale nie chcę mówić o nim z imienia i nazwiska.
Myślę, że nie trzeba. Wszyscy wiemy o kim mowa.
To jest dla mnie w ogóle abstrakcyjna sytuacja. Sposób skonstruowania tego kontraktu i zasady, na jakich to wszystko funkcjonuje. Ale z drugiej strony sami to podpisaliśmy. Ten zawodnik jest dziś częścią klubu i musimy to zaakceptować. Został przesunięty do drugiej drużyny, tam trenuje i tam musi walczyć o siebie. Ja nie mam zamiaru dziś opowiadać, że „niepotrzebnie” czy szukać wymówek. Taka decyzja została kiedyś podjęta. Ja się pod nią nie podpisywałem, ale teraz naszym zadaniem jest po prostu poradzić sobie z tą sytuacją i znaleźć na nią odpowiedni plan.
Jak duża będzie różnica między Śląskiem, który awansował do Ekstraklasy, a Śląskiem, który teraz będzie musiał się w tej Ekstraklasie odnaleźć? Rozumiem, że dziś podstawowym celem będzie po prostu spokojne utrzymanie?
Powiem szczerze, że wszystko mocno łączy się z tym, o czym mówiłem wcześniej. Z wizją klubu i zapełnianiem stadionu. To zresztą bardzo dobrze wpisuje się w sposób pracy Ante.
On jest trenerem, który chce grać widowiskowo. Kontrolować piłkę, dominować, utrzymywać się przy niej. Oczywiście pierwsza liga nauczyła go też pewnego pragmatyzmu. Może nie tyle cwaniactwa, co po prostu bardziej elastycznego podejścia do poszczególnych meczów. Zrozumienia, że czasami trzeba zagrać trochę inaczej niż tydzień wcześniej. Myślę, że w Ekstraklasie będzie podobnie. Trzeba będzie być pragmatycznym, ale nie zamierzamy odchodzić od naszego stylu. Nadal chcemy mieć piłkę przy nodze, grać na rotacji, wymienności pozycji, krótkim podaniu i budowaniu gry. Z tego kursu nie zejdziemy. Oczywiście, jeśli dołożymy jeszcze większą jakość piłkarską, będą mecze, w których będziemy mogli pokazać to jeszcze mocniej.
Na pewno jednak pojawią się też spotkania, w których pragmatyzm okaże się kluczowy. Jednak sam sposób myślenia o piłce pozostanie podobny, bo jeśli w pierwszej lidze grało się o konkretny cel i trzeba było być skutecznym, to w Ekstraklasie trzeba podejść do tego bardzo podobnie. Tylko na jeszcze wyższym poziomie jakości.
Po wszystkim, co wydarzyło się wokół Śląska przez ostatnie półtora roku, masz dziś w sobie więcej wiary w przyszłość tego klubu czy jednak więcej ostrożności?
Chyba jednak więcej wiary. Głównie dlatego, że dziś wiem już, jak mogę działać i widzę, że ta praca z jednej strony się obroniła, a z drugiej po prostu zaczyna być doceniana.
Sam fakt, że po zmianach w styczniu ktoś uznał, że powinienem zostać i dalej prowadzić ten projekt, był dla mnie ważnym sygnałem. Widzę, że to, co robimy, jest odbierane jako profesjonalne i uporządkowane. Wprowadzamy nowe rozwiązania, rozwijamy dział i nie jesteśmy już przypadkowo funkcjonującą komórką w klubie.
Dostałem też możliwość dalszego rozbudowywania scoutingu. Zarówno o kompetentnych ludzi, jak i o osoby, które możemy sami uczyć i rozwijać. Co ważne, nie wydajemy na ten dział ogromnych pieniędzy. Powiedziałbym wręcz, że dziś funkcjonujemy dużo oszczędniej niż wtedy, gdy przychodziłem do klubu.
Oczywiście transfery zawsze są ostateczną weryfikacją pracy scoutingu. Dziś możemy powiedzieć, że liczba pomyłek była niewielka i jesteśmy z tego zadowoleni, ale mamy też świadomość, że błędy zawsze będą się zdarzać. Najważniejsze jest jednak to, że przy takim modelu pracy jesteśmy w stanie te pomyłki coraz bardziej ograniczać.
Właśnie jeszcze na koniec. Jak dziś wygląda struktura scoutingu w Śląsku? Ty jako dyrektor sportowy, Mateusz Kamowski jako szef skautingu i co dalej? Jak to jest poukładane?
Mateusz Kamowski jest dziś szefem scoutingu i rekrutacji. Oprócz niego mamy jeszcze jednego scouta terenowego oraz dwóch wideoscoutów.

Na czym polega wideoscouting?
Wideoscouting polega głównie na pracy przy komputerze. Analizowaniu zawodników, meczów i danych. Natomiast scout terenowy podróżuje już konkretnie pod wybrane obserwacje. Ja z Mateuszem też staramy się regularnie wyjeżdżać. Nie tylko po to, żeby obejrzeć konkretnego piłkarza, ale przede wszystkim po to, żeby poznać daną ligę i jej specyfikę. Byliśmy choćby w Albanii. Dzięki temu, jeśli dziś ktoś poleca mi zawodnika z ligi albańskiej, to wiem już mniej więcej, jaki jest tam poziom i czego mogę się spodziewać. Ostatnio byliśmy też w Portugalii, gdzie obejrzeliśmy osiem różnych meczów. To daje ogromną wiedzę. Jeśli ktoś proponuje mi dziś skrzydłowego z Portugalii, to wiem, że pod względem odwagi, jakości gry jeden na jednego czy mentalności ten poziom jest naprawdę bardzo wysoki. Oczywiście, kiedy chcemy obejrzeć konkretnego zawodnika dokładniej, zdarza się, że nawet wideoscout jedzie specjalnie na jeden mecz po to, żeby zobaczyć piłkarza na żywo, porozmawiać z nim, wyczuć go jako człowieka. Jednocześnie bardzo pilnujemy kosztów. Nie wydajemy wielkich pieniędzy na wyjazdy scoutingowe.
Nie macie jednego konkretnego kierunku, na którym jesteście skupieni? Tak jak na przykład Lech Poznań, który od lat mocno patrzy w stronę Skandynawii?
Najlepiej opanowaną mamy dziś chyba Szwecję. Bardzo mocno rozwijamy też kierunek hiszpański, głównie dzięki świetnym relacjom z Atlético Madryt. Coraz lepiej znamy również drugą i trzecią ligę niemiecką. Teraz zaczynamy też mocniej wchodzić w Portugalię. Nawiązaliśmy bardzo dobre kontakty z FC Porto. Spotkałem się ostatnio z szefem ich scoutingu, zaprosiliśmy ich do siebie, oni ponownie zaprosili nas do siebie, więc chcemy krok po kroku budować również taką współpracę.
Oczywiście docelowo chciałbym dalej rozwijać dział scoutingu i dołożyć do niego kolejną osobę. Ale zależy mi na tym, żeby był to ktoś, kogo sami sobie wychowamy. Najlepiej człowiek z Wrocławia albo okolic. Nie dlatego, że go lubię, tylko dlatego, że będzie pasował do tego, jak chcemy pracować i rozwijać ten klub.
Jakie cechy musi dziś mieć dobry scout? Bo to przecież nie jest zawód, do którego istnieje jakiś konkretny kierunek studiów czy jedno wykształcenie.
Przede wszystkim musisz być pasjonatem. Musisz żyć piłką, oglądać mecze i naprawdę chcieć to robić. Dzisiaj oczywiście mamy wszystkie możliwe platformy i nie trzeba już jeździć wszędzie osobiście, ale pewnych rzeczy po prostu nie zobaczysz przed komputerem. Jeśli chcę wyciągnąć środkowego obrońcę, to dla mnie najważniejsze cechy często dzieją się poza kamerą. Jak skraca pole gry, jak ustawia partnerów, jak podpowiada, jak zarządza linią obrony. Tego nie wyłapiesz nawet przy najlepszych narzędziach i danych. To trzeba zobaczyć na żywo.
Najważniejsza jest jednak pasja i charakter do pracy. Nie szukamy ludzi, którzy będą nam tylko przytakiwać. Scout musi mieć własne zdanie.
Jak rekrutujecie takich skautów?
Na początku bardzo mocno patrzymy też na same raporty. Interesuje nas nie tyle to, czy ktoś ocenia zawodnika dokładnie tak samo jak my, ale czy potrafi wyłapywać szczegóły, których my wcześniej nie zauważyliśmy. Później zaczyna się już wspólna nauka i codzienna praca. Wrzucanie raportów, wymiana pomysłów, analiza danych motorycznych, fizycznych czy statystycznych. Wtedy obserwujemy, jak dany scout funkcjonuje w tym środowisku. Mamy też dział analiz, który co roku prowadzi staże. Korzystamy z takich ludzi i kilku z nich przewinęło się już później w kierunku scoutingu. Niewykluczone, że w przyszłości zaczniemy rozwijać również takie staże stricte pod scouting.
To chyba AI też może wam mocno pomóc?
Idziemy bardzo mocno w tę stronę. Nawet ostatnio prezes miał kolejne spotkania w tym temacie. Już dziś wykorzystujemy AI na tyle, na ile potrafimy, ale wiemy, że to dopiero początek.
Dlatego powtórzę raz jeszcze nie chcę zostawić tu po sobie rozdmuchanego budżetu. Chcę zbudować tu coś trwałego co sprawi, że Śląsk będzie dobrze funkcjonował.