Podczas minionego weekendu na Dolnym Śląsku policyjne radary były w użyciu częściej niż zwykle. Akcja „Prędkość” pokazała, że mimo licznych apeli, wielu kierowców wciąż traktuje przepisy drogowe jedynie jako sugestię. Bilans trzech dni wzmożonych kontroli jest alarmujący: ponad 2 tysiące wykroczeń i kilkanaście odebranych praw jazdy.
Choć pogoda w regionie bywa zmienna, jedna rzecz na dolnośląskich trasach pozostaje stała – zbyt ciężka noga kierowców. Od piątku do niedzieli mundurowi w całym województwie prowadzili polowanie na piratów drogowych, wykorzystując wszystko, co mają w arsenale: od nieoznakowanych radiowozów z wideorejestratorami po mobilne punkty pomiaru z „suszarkami”. Efekt? Funkcjonariusze zatrzymali do kontroli blisko 4 tysiące pojazdów, a statystyki przewinień rosły z każdą godziną trwania akcji.
Liczby mówią same za siebie i malują dość niepokojący obraz bezpieczeństwa na naszych drogach. Funkcjonariusze odnotowali aż 2318 przypadków, w których kierowcy zignorowali znaki ograniczenia prędkości. Dla większości skończyło się na punktach karnych i mandatach, ale dla jedenastu osób weekendowy pośpiech miał znacznie poważniejsze skutki. Ci rekordziści, którzy w terenie zabudowanym pędzili o ponad 50 km/h za szybko, musieli pożegnać się ze swoimi uprawnieniami do kierowania na najbliższe trzy miesiące.

Policjanci podkreślają jednak, że w akcji nie chodziło wyłącznie o wypisywanie bloczków mandatowych, ale o realną walkę z brawurą, która od lat jest główną przyczyną tragedii na drogach. Oprócz pomiaru prędkości, patrole sprawdzały trzeźwość, stan techniczny aut oraz to, czy dzieci są przewożone w bezpiecznych fotelikach. Przypominano przy tym starą, ale wciąż aktualną prawdę: wystarczy zdjąć nogę z gazu o kilka kilometrów, by w krytycznej sytuacji zyskać czas na reakcję, który może uratować czyjeś życie.



