Wrocław od lat kojarzony jest z branżą IT i nowoczesnymi technologiami. Nie każda firma technologiczna szuka jednak swojej szansy w świecie aplikacji dla konsumentów czy rozwiązań dla biur. SmartLunch postawił na przemysł – w dość nietypowy sposób. Wrocławski startup stworzył system organizacji posiłków dla pracowników fabryk i centrów logistycznych, łącząc technologię z realnymi wyzwaniami zakładów pracy. Dziś firma z sukcesem działa w Polsce i Czechach. O kulisach budowania tego modelu biznesowego, roli regionu oraz przyszłości żywienia pracowników rozmawiamy z Mateuszem Tałpaszem, Członkiem Zarządu SmartLunch.
– Marek Zoellner: Wiele firm technologicznych szuka swojej szansy w dużych miastach i sektorze usług. Wy wybraliście znacznie trudniejszy rynek – przemysł i logistykę. Czy SmartLunch mógłby powstać w Warszawie, czy to właśnie specyfika Dolnego Śląska i tutejszych stref ekonomicznych dała Wam przewagę?
– Mateusz Tałpasz: Wrocław to dla nas znacznie więcej niż adres w dokumentach. To właśnie specyfika Dolnego Śląska pozwoliła zbudować SmartLunch w takim modelu, w jakim działa dzisiaj. Gdybyśmy startowali w Warszawie, prawdopodobnie bylibyśmy kolejną aplikacją dowożącą lunche do biurowców. My od początku skupiliśmy się tam, gdzie organizacja posiłków jest realnym wyzwaniem: w przemyśle, produkcji i logistyce. Nasza przewaga wynika z połączenia dwóch światów. Z jednej strony mamy dostęp do świetnych specjalistów IT, z drugiej, działamy w regionie silnych stref ekonomicznych i dużych zakładów produkcyjnych. Wrocław dał nam technologię, a Dolny Śląsk nauczył nas operacyjnej skuteczności, elastyczności i rozumienia potrzeb przemysłu.
– Wiele wrocławskich startupów marzy o Dolinie Krzemowej, Wy wybraliście polskie strefy przemysłowe i czeskie fabryki. Czy polskiemu biznesowi technologicznemu brakuje czasem zdrowego pragmatyzmu?
– Dolina Krzemowa brzmi dumnie w przekazach medialnych, jednak my od zawsze woleliśmy twardo stąpać po ziemi. Wybraliśmy inną drogę, zamiast gonić za mitem, poszliśmy tam, gdzie wyzwania operacyjne są największe i najbardziej realne, czyli do sektora produkcji i logistyki. Dla nas pragmatyzm to po prostu szukanie wartości tam, gdzie inni jej nie widzą. Nasza ekspansja do Czech to najlepszy dowód na to, że ten „zdrowy rozsądek” się opłaca. Zamiast przepalać budżety na walkę o nasycone rynki, skalujemy model, który po prostu działa i rozwiązuje konkretny, fizyczny problem – głód na hali produkcyjnej. Technologia w SmartLunch nie jest celem samym w sobie, to sprawne narzędzie, które musi wytrzymać tempo pracy w fabryce, a nie tylko ładnie wyglądać na ekranie smartfona.

– Czy na początku, w 2014 roku, gdy realia rynkowe i technologiczne w Polsce były zupełnie inne, wierzyliście, że catering pracowniczy da się wyskalować do takich rozmiarów?
– W 2014 roku, kiedy zaczynaliśmy, świat wyglądał zupełnie inaczej, smartfony na halach produkcyjnych nie były tak oczywiste jak dziś, a o „foodtechu” w Polsce mało kto słyszał. Czy wierzyliśmy wtedy w taką skalę? Wierzyliśmy przede wszystkim w to, że rozwiązujemy realny, fizyczny problem, który widzieliśmy na własne oczy. W zasadzie od zawsze wiedzieliśmy, że to, co proponujemy ma sens. Skupiliśmy się na tym, żeby nasz model współpracy między firmą, pracodawcą a restauracjami po prostu zaczął działać bez zgrzytów. Dopiero gdy zobaczyliśmy, że to, co wypracowaliśmy lokalnie, daje się z sukcesem powtórzyć przy skalowaniu usług w innych miastach, dotarło do nas, że mamy w rękach coś znacznie większego niż tylko lokalny biznes cateringowy.
– Nie wszystko da się przewidzieć. Po latach spektakularnego wzrostu uderzyła pandemia i z dnia na dzień zamówienia drastycznie spadły, bo fabryki i biura stanęły…
– Pandemia to był dla nas moment prawdy i nie oszukujmy się, potężny kubeł zimnej wody dla wszystkich przedsiębiorców. Kiedy z dnia na dzień widzisz, że 60% zamówień wyparowuje, bo świat po prostu stanął w miejscu, nie ma czasu na rozpaczanie, trzeba było błyskawicznie przełączyć się w tryb zarządzania kryzysowego. To był ten moment, w którym nasz pragmatyzm i „operacyjna twardość”, o których wspominałem wcześniej, zostały wystawione na najcięższą próbę.
Co nas wtedy uratowało? Paradoksalnie właśnie to, że nie postawiliśmy wszystkiego na biurowce. O ile praca biurowa przeniosła się do domów, o tyle nasze główne segmenty, czyli produkcja i logistyka, musiały działać dalej. Pracownicy fabryk nie mogli przecież spawać czy pakować paczek zdalnie. Posiłek na hali przestał być tylko benefitem, a stał się kluczowym elementem zapewnienia ciągłości pracy i bezpieczeństwa sanitarnego. Wykorzystaliśmy ten czas na jeszcze głębsze dopracowanie technologii i modelu współpracy między firmą a restauracjami. Pokazaliśmy klientom, że SmartLunch to nie tylko wygoda, ale przede wszystkim bezpieczeństwo. Dzięki temu nie tylko przetrwaliśmy, ale zbudowaliśmy zaufanie, które do dziś przekłada się na naszą wysoką retencję klientów.

– To nie tylko aplikacja, to przede wszystkim gigantyczna operacja logistyczna „ostatniej mili”. Co dzieje się w Waszym systemie, gdy dostawca utknie w korku, a 200 pracowników linii produkcyjnej zaczyna właśnie swoją jedyną, 20-minutową przerwę? Jak technologicznie i operacyjnie gasi się takie pożary?
– To jest pytanie o to, co w naszym biznesie jest najtrudniejsze, ale i najbardziej satysfakcjonujące. W sektorze produkcji i logistyki te 20 minut przerwy to świętość dla pracownika, tutaj nie ma miejsca na „przepraszam, kurier zaraz będzie”. Jeśli jedzenie nie dotrze na czas, procesy w fabryce mogą zostać zakłócone, a na to nikt nie może sobie pozwolić. Operacyjnie naszą siłą jest unikalny model współpracy łączący firmę, pracodawcę i restauracje. Stawiamy na lokalność, dlatego współpracujemy z restauratorami znajdującymi się w pobliżu zakładów pracy. Bliskość dostawcy ogranicza ryzyko opóźnień związanych z ruchem drogowym i pozwala zapewnić większą niezawodność dostaw.
Całość wspierają nasze rozwiązania technologiczne, które umożliwiają błyskawiczny przepływ informacji pomiędzy wszystkimi uczestnikami procesu. Wiemy, o której godzinie przypadają przerwy w zakładach pracy, monitorujemy realizację dostaw i w razie nieprzewidzianych sytuacji możemy natychmiast poinformować pracowników o ewentualnych opóźnieniach. Dzięki temu cały system działa sprawnie, transparentnie i przewidywalnie dla każdej ze stron.
– W Wałbrzychu, w fabryce Toyoty, postawiliście urządzenia przypominające paczkomaty, aby skrócić czas dotarcia pracownika do posiłku. Czy automatyzacja i „paczkomatyzacja” to jedyna przyszłość żywienia zbiorowego w przemyśle?
– Toyota w Wałbrzychu to dla nas świetny poligon doświadczalny i dowód na to, że w przemyśle liczy się każda sekunda. Gdy pracownik ma tylko 20 minut przerwy, nie może tracić pięciu na dojście do kantyny i kolejnych dziesięciu na stanie w kolejce. Nasze urządzenia, które faktycznie przypominają paczkomaty, skracają tę drogę do minimum, jedzenie „czeka” na człowieka w optymalnym punkcie fabryki o każdej porze, co np. nie wyklucza pracowników nocnych zmian. Tego typu urządzenia to dziś fundament nowoczesnego żywienia zbiorowego, szczególnie tam, gdzie mamy do czynienia z dużą skalą i rygorem czasowym. To nie jest tylko gadżet, to element optymalizacji kosztów operacyjnych i realne wsparcie dla ciągłości produkcji.
Jednak przyszłość to nie tylko same maszyny, ale przede wszystkim technologia i dane, które za nimi stoją. Nasz system analizuje, co i kiedy jest zamawiane, co pozwala nam i naszym partnerom restauracyjnym lepiej planować. Automatyzacja to narzędzie, ale celem jest maksymalna elastyczność, pracownik musi mieć wybór i jakość, a pracodawca pewność, że proces żywienia nie generuje chaosu. Dlatego będziemy szli dalej w stronę rozwiązań typu grab-and-go i jeszcze głębszej analityki.

– W Czechach w pół roku zrobiliście przychód, na który w Polsce pracowaliście przez ponad trzy lata. Co Was najbardziej zaskoczyło na czeskim rynku? I jakie menu tam serwujecie? Knedliki są obowiązkowe, czy może jednak polskie dania jako pewna egzotyka?
– W Czechach weszliśmy na rynek, na którym lunch w pracy jest ważnym elementem kultury zawodowej. W Polsce musieliśmy ten nawyk budować i edukować rynek, a tam trafiliśmy na gotowe, bardzo konkretne oczekiwania pracowników. Najbardziej zaskoczył nas czeski pragmatyzm. Czesi nie kupują marketingowych obietnic, chcą danych, dowodów i procesu, który działa. Pozytywnie zaskoczyła nas też sprawność administracji: założenie spółki i kwestie podatkowe są prostsze i bardziej przewidywalne niż w Polsce, więc szybciej mogliśmy skupić się na operacjach. Jeśli chodzi o menu, nie próbujemy nikogo uszczęśliwiać polskimi daniami na siłę. Czesi są mocno przywiązani do lokalnych dostawców i swoich smaków, więc knedliki oczywiście są. Naszą rolą nie jest zmieniać ich nawyki, tylko dostarczyć technologię, dzięki której lokalne jedzenie trafia do fabryki na czas, w przewidywalnym koszcie i bez chaosu.
– Sercem SmartLunch są jednak lokalni restauratorzy, od których to jedzenie kupujecie – w tym wielu z Wrocławia. Jak z Waszej perspektywy wygląda realna kondycja dolnośląskiej gastronomii po pandemii i latach wysokiej inflacji? Oni wciąż walczą o przetrwanie, czy rynek się ustabilizował?
– Restauratorzy są sercem SmartLunch, bo bez ich kuchni i zaangażowania bylibyśmy tylko technologią. Ostatnie lata były dla gastronomii prawdziwym testem: pandemia, inflacja, rosnące koszty energii i produktów mocno zweryfikowały rynek. Nie powiedziałbym, że wszystko wróciło do normy. Raczej branża nauczyła się działać w trudniejszej rzeczywistości. Z naszej perspektywy widać dużą profesjonalizację restauratorów. Coraz lepiej rozumieją, że przewidywalność zamówień, stały wolumen i możliwość planowania z wyprzedzeniem są dziś ogromną wartością. Dzięki SmartLunch mogą lepiej planować zakupy, pracę zespołu i ograniczać ryzyko operacyjne. Widzimy też rosnące znaczenie lokalności. Firmy chcą wspierać przedsiębiorców z regionu, a SmartLunch tworzy pomost między technologią, pracodawcami i lokalną gastronomią. Restauratorzy nadal codziennie walczą o rentowność, ale są dziś bardziej odporni, pragmatyczni i procesowo przygotowani niż przed pandemią.

– Nie da się ukryć, że paliwem dla dynamicznego wzrostu dofinansowań posiłków w Polsce jest ulga ZUS. Czy to oznacza, że Wasz sukces i stabilność są silnie uzależnione od kaprysów ustawodawcy i polityki fiskalnej państwa? Co jeśli jutro te przepisy się zmienią?
– Ulga ZUS jest dla rynku benefitów ważnym impulsem, ale nasz biznes nie opiera się wyłącznie na niej. Nie sprzedajemy optymalizacji podatkowej, tylko sprawną logistykę i święty spokój tam, gdzie organizacja posiłków jest realnym wyzwaniem, czyli na produkcji, w logistyce czy automotive. Oczywiście każda zmiana przepisów może wpłynąć na rynek, ale potrzeba automatyzacji, przewidywalności kosztów i sprawnego zarządzania posiłkami nie zniknie.
Firmy nadal będą chciały ograniczać chaos operacyjny i zapewniać pracownikom dostęp do jedzenia w pracy. Naszą wartością są technologia, procesy i doświadczenie zdobyte w trudnych środowiskach operacyjnych. Jeśli przepisy się zmienią, rynek może się zatrząść, ale my będziemy mieć narzędzia, żeby pomóc firmom odnaleźć się w nowej rzeczywistości. SmartLunch wyrósł z pragmatyzmu i na nim opieramy swoją przyszłość.
– GUS wskazuje, że jako społeczeństwo zmieniamy nawyki: jemy mniej pieczywa, ale wciąż zmagamy się z ogromną ilością cukru i przetworzonej żywności w diecie. Co o diecie polskiego pracownika mówi Wasza baza danych? Co najczęściej ląduje na talerzu na typowej polskiej szychcie?
– Nasze bazy danych i ostatnie badania SmartLunch faktycznie dają nam unikalny wgląd w to, jak wygląda „kuchnia polskiej szychty”. Choć GUS alarmuje w kwestii cukru, to z naszej perspektywy widać, że dieta pracownika jest dziś podyktowana przede wszystkim przez jeden czynnik: czas. Aż 77% pracowników ma na lunch zaledwie od 15 do 30 minut, a co szósta osoba (17%) musi uwinąć się w mniej niż kwadrans. To sprawia, że na talerzu ląduje przede wszystkim to, co jest sycące i szybkie w konsumpcji.
Coś, co mnie osobiście zaskoczyło, to fakt, że przygotowywanie posiłków w domu stało się marginesem, decyduje się na to tylko 4% ankietowanych. Pracownicy stawiają na wygodę i gotowe posiłki dostarczane do firmy lub dostępne w kantynach (korzysta z nich 70% osób). Na typowej szychcie w sektorach produkcji czy logistyki, które są naszymi głównymi segmentami, posiłek musi być paliwem. Jednak wbrew obawom o przetworzoną żywność, widzimy rosnący nacisk na jakość. Współpracujemy z restauracjami oferującymi pełnowartościowe dania, bo aż 85% pracowników uważa, że dobra oferta lunchowa wpływa na ich postrzeganie pracodawcy.
Smutną prawdą z naszych danych jest to, że dla wielu posiłek wciąż nie jest momentem wytchnienia, około 40% osób przyznaje, że zdarza im się pracować podczas jedzenia. Co zatem znajduje się na talerzu? Najczęściej jest to tradycyjne, ciepłe danie dwuskładnikowe, które daje poczucie sytości na resztę zmiany. Jednak coraz częściej, dzięki technologii SmartLunch, pracownicy odchodzą od monotonii na rzecz różnorodności, którą oferują lokalni restauratorzy.
– Jak radzicie sobie z trendem „eko” i „zdrowego żywienia” w segmencie blue-collar? Czy menu fit i wege cieszy się tam jakimkolwiek zainteresowaniem, czy to wciąż domena wyłącznie pracowników biurowych?
– Gdy mówimy o trendach eko w fabrykach czy centrach logistycznych, musimy zapomnieć o teoretyzowaniu. Tam liczy się konkret. Naszą odpowiedzią na wyzwania środowiskowe jest autorski model obiegu zamkniętego, który zdejmuje z głowy klienta problem logistyki odpadów. Nasz obieg zamknięty to system naczyń wielorazowych, nad którym sprawujemy pełną kontrolę: od dostawy posiłku, zwrot pustych naczyń przez odbiór brudnych, aż po ich profesjonalne mycie i ponowne wprowadzenie do restauracji. To jest ta realna innowacja technologiczna i operacyjna, która wyróżnia nas na rynku. Dzięki temu nie tylko drastycznie redukujemy zużycie plastiku, ale też podnosimy standard posiłku.
Pracownik nie je z „jednorazówki”, co dla 85% osób, dla których oferta lunchowa jest kluczowym benefitem, ma ogromne znaczenie wizerunkowe. Z kolei dla pracodawcy to czysty zysk: realizuje cele ESG i dba o porządek na hali produkcyjnej. Model łączy technologię, logistykę i ekologię i sprawia, że nasza retencja klientów jest tak wysoka, a firmy zostają z nami na lata.

– Czy zauważacie wyraźny podział na mapie kulinarnej kraju? Czy pracownik na Dolnym Śląsku zamawia coś innego niż pracownik na Podlasiu lub w Polsce Centralnej, czy też schabowy i pierogi to uniwersalna, niezmienna waluta polskiego robotnika?
– Szczerze mówiąc, nasza baza danych potwierdza jedno: pierogi ruskie to kulinarny „król” polskich zakładów pracy i absolutnie bezkonkurencyjna waluta od lat. Jeśli mielibyśmy wskazać coś, co łączy pracowników od Wrocławia po Białystok, to są to właśnie one oraz tradycyjne zupy, takie jak pomidorowa, ogórkowa czy gulaszowa, które regularnie lądują na szczycie list najpopularniejszych dań. Jednak mapa kulinarna Polski, którą widzimy w SmartLunch, jest znacznie bardziej złożona niż tylko prosty podział na regiony.
Choć pierogi są popularne w całej Polsce, menu w SmartLunch naturalnie dopasowuje się do specyfiki danego regionu. Współpracujemy z lokalnymi restauratorami, a dzięki analizie historycznych zamówień widzimy, jakie dania i smaki najlepiej odpowiadają pracownikom w konkretnych lokalizacjach. Na tej podstawie możemy doradzać partnerom, jak rozwijać menu, aby było ono jednocześnie lokalne, różnorodne i dopasowane do realnych preferencji użytkowników.
Coś, co może zaskoczyć tradycjonalistów, to fakt, że „schabowy” ma coraz mocniejszą konkurencję. Udział dań bezmięsnych w zamówieniach systematycznie rośnie. To pokazuje, że pracownik produkcyjny coraz częściej szuka lżejszych alternatyw, choć wciąż muszą być one sycące. Podsumowując: pierogi ruskie to nasza narodowa baza, ale obok nich wyrasta nowoczesny pracownik, który coraz częściej wybiera opcje wege, sałatki (popularne zwłaszcza w letnie miesiące) i przede wszystkim ceni sobie to, że posiłek czeka na niego o dokładnie zadeklarowanej godzinie. Mapa kulinarna Polski to dziś mapa wygody, jakości i coraz większej świadomości żywieniowej.
