Kiedy temperatury spadają poniżej zera, większość Wrocławian marzy o gorącej herbacie i kocyku. Ale dla nich to sygnał, że czas znów wskoczyć do wody. – Ta pasja nie zna metryki. Nasza najstarsza koleżanka ma prawie 80 lat. Przychodzi pieszo, nawet w najgorsze mrozy, z placu Grunwaldzkiego. Mówi, że to dla niej dobra rozgrzewka – śmieje się Barbara Wojtczak, prezeska Stowarzyszenia Wrocławskie Morsy.
Kiedy wrocławski mors mówi, że wybiera się na Morskie Oko, nie szykuje raczków, puchowej kurtki ani specjalistycznych kijów trekkingowych. Zamiast pakować plecak na wielogodzinną wspinaczkę, kompletuje zestaw, który postronnego obserwatora mógłby wprawić w osłupienie. Preferencje są różne, jedni zabierają neoprenowe buty, czapki i rękawiczki, innym wystarczą plażowe klapki i ręcznik.
– Jest dużo śmiechu, ale są też poważniejsze rozmowy. Chętnie dzielimy się doświadczeniami z osobami, które dopiero zaczynają – opowiada Barbara Wojtczak, prezeska Stowarzyszenia Wrocławskie Morsy.
Od garstki śmiałków do setek pasjonatów
Historia wrocławskiej ekipy zaczęła się niemal 20 lat temu od zaledwie kilku śmiałków. Chcieli sprawdzić, czy lodowata woda faktycznie daje taką frajdę, jak się mówi. Dziś stowarzyszenie liczy już 200 członkiń i członków, a to tylko wierzchołek góry – oczywiście lodowej. Każdy mroźny weekend przyciąga tłumy sympatyków na kąpielisko przy ul. Chopina. To właśnie tam, na wrocławskim Zalesiu w pobliżu Stadionu Olimpijskiego bije serce stowarzyszenia, które po wielkim boomie na morsowanie w czasie pandemii wcale nie zwolniło tempa.
– Wydaje mi się, że pandemia była impulsem do budowania świadomości. Ludzie zostali przekonani do tego pozytywnego wpływu, do tej zwariowanej atmosfery. Na Morskie Oko przychodzi dziś więcej osób niż w tych „postapokaliptycznych”, pandemicznych czasach. To jest rzecz, która nic nie kosztuje, a daje nam realny wpływ na to, jak się czujemy – podkreśla Barbara Wojtczak.
Gdzie jeszcze można pomorsować we Wrocławiu i okolicach? O tym przeczytasz w naszym TOP 11.

Najfajniejsze w morsowej ekipie jest to, że w zimnej wodzie znikają wszelkie granice, a zostaje pasja i atmosfera bycia w grupie.
– Morsowanie to świadomość, uważność i kontrolowanie własnego oddechu. To wystawianie się na próby, które dają niesamowitą satysfakcję – przyznaje Barbara Wojtczak.
Wrocławskie Morsy nie ograniczają się jednak tylko do własnego podwórka. Raz w roku pakują ręczniki i ruszają nad Bałtyk, na Międzynarodowy Zlot Morsów w Mielnie. Tegoroczny zaplanowano na 8 lutego (jeśli ktoś nie może tak daleko jechać, na Morskim Oku też organizowane jest cykliczne spotkanie).
– Ta impreza z roku na rok pęka w szwach. Ponad 10 000 osób wchodzi razem do wody w niedzielę o godzinie 12.00. To ogromna sprawa i dowód na to, jak bardzo kultura zimnych kąpieli zyskała na popularności – mówi prezeska.
Jak zacząć i nie zostać „jeńcem”?
Chcesz spróbować, ale boisz się szoku? Barbara Wojtczak uspokaja: nikt nie wrzuca nowicjuszy na głęboką wodę bez przygotowania. Radzi, by zacząć od oswojenia się z zimnym prysznicem w domu. A na samym kąpielisku? Najważniejsza jest opieka grupy i… technika.
– Jeśli dołącza do nas nowa osoba, to zawsze taki „pierwszak” jest przez nas zaopiekowany. Wchodzimy sobie razem do wody, rozmawiamy o receptorach, tłumaczymy, dlaczego warto zanurzać ramiona i nie morsować „na jeńca”, czyli z rękami uniesionymi wysoko w górę. Jeżeli ktoś kończy swój komfort na kostkach, tak samo cieszymy się razem z nim, bo to jest jego granica na dany moment – zapewnia.

Najważniejsza zasada? Nigdy nie wchodź do wody samemu
Wejdź z ekipą, bo atmosfera sprawia, że dyskomfort schodzi na dalszy plan (poza tym tak jest bezpieczniej). Morsowanie to dla wielu mieszkańców Wrocławia nie tylko hartowanie ciała, ale przede wszystkim higiena psychiczna.
– Uwielbiam tę dyscyplinę za to, że nigdy nie jest powtarzalna. Za każdym razem czuję się, jakbym wchodziła pierwszy raz. Wszystko zależy od nastroju, formy czy pory dnia. Czasami organizm pozwala na pięć minut, a czasami kostki, albo łokcie bolą tak bardzo, że trzeba wychodzić od razu. To lekcja pokory, która zostaje w człowieku na dłużej.
Przed spotkaniem z Wrocławskimi Morsami warto zapoznać się z ich poradnikiem i sprawdzić, co ze sobą zabrać oraz jakie mogą być przeciwwskazania do morsowania.
Kilometr biegiem, a potem…
Dodajmy, że grup skupionych wokół morsowania jest na Dolnym Śląsku oczywiście więcej. Warto wspomnieć choćby Milicki Klub Morsów, który 21 lutego organizuje szóstą edycję nietypowego biegu. Zabawa polega na tym, by przebiec dookoła zalewu rekreacyjnego w Miliczu, a na koniec wbiec do zimnej wody. Dystans, to 1100 metrów, jednak organizatorzy zastrzegają: jeśli ktoś ma ochotę, może okrążyć kilka razy.



