– Chirurg w domu nie operuje, a zawodowy komik nie robi sobie żartów. Nawet 1 kwietnia – przyznaje Michał Paszczyk. Znany twórca kabaretowy i stand-uper w rozmowie z Markiem Zoellnerem opowiada, dlaczego to on najłatwiej daje się dziś wkręcić w prima aprilis. Wskazuje też, co w dzisiejszych czasach śmieszy nas najbardziej i czy jest granica, której on sam na scenie nigdy nie przekracza.
– Marek Zoellner: Dziś prima aprilis. Czy dziś w domu Paszczyków wprowadzono stan wyjątkowy? Sprawdzałeś już, czy w cukiernicy nie ma soli? A może to Ty wstałeś pierwszy, żeby przygotować domownikom jakiś numer?
– Michał Paszczyk: Muszę przyznać, że nie zachowuję jakiejś specjalnej czujności tego dnia. Zwykle w ogóle nie pamiętam, że to jest prima aprilis. Jako dzieciak bardziej się angażowałem w to, żeby robić ludziom numery, rodzicom czy tam znajomym. Teraz to bardziej inni mnie nabierają. Żona nie, bo wie, że się nie dam nabrać, ale dzieciom wychodzi to coraz lepiej. A ja ich nie wkręcam, bo to jest tak, jak z chirurgiem – we własnym domu nie operuje.
– Czyli jesteś raczej szewcem, który chodzi bez butów? Nie uśmiechasz się?
– Aż tak to nie. Lubię pożartować, porobić sobie jaja z innych. I z siebie. Jak żona do mnie mówi: “ale ty głupi jesteś”, to też się śmieję. Niektórzy mają krótszy dystans do siebie, a inni dłuższy. Ja mam z tych dłuższych. Oczywiście o ile jest to w miarę smaczne.
– A jak to wygląda w pracy, na scenie, albo za kulisami? Środowisko kabaretowe kojarzy się z nieustannymi wygłupami. Czy w trasach robicie sobie nawzajem jakieś numery?
– Oczywiście. Gdy jeszcze byłem w składzie Paranienormalnych, wsiadaliśmy do busa i od razu otwierał się worek. Czasami nie mogłem się doczekać tych wyjazdów. Niektóre nasze skecze, nawet te kultowe, powstały właśnie w ten sposób. Niestety nie wszystko się nadaje “do druku”, są też żarty typowo sytuacyjne, do których potrzebny byłby szeroki kontekst. W każdym razie czasami dusiliśmy się ze śmiechu.
– A dzisiaj z czego się śmiejesz? Żyjemy w czasach dużej poprawności i wrażliwości społecznej. Gdzie przebiega Twoja „czerwona linia”, której nie przekraczasz ani na scenie, ani prywatnie?
– Prywatnie przekraczam chyba każdą linię. Niestety albo stety. Natomiast na scenie, cóż… Ten humor już nie jest obecnie tak wysublimowany, jak dawniej. Nawet w kabarecie pojawia się sporo “wulgarów”, jak w stand-upie. Stand-up akurat z tego słynie, bo to jest taki mówiony język, tak jak się gada ze znajomymi, nie oszczędzając słów, które są uważane za wulgarne. W kabarecie też jest tego coraz więcej. Za to trudniej jest z poważniejszymi tematami, na przykład nawiązaniami historycznymi.
– W Twoich skeczach często pojawia się prawda o nas samych, na przykład o problemach małżeńskich. To Twoja metoda na trafienie do widza?
– To jest krzywe zwierciadło. Sytuacje, które wszyscy faceci znają z domu. Problemy, które żony mają ze swoimi facetami. Ja je tylko wyolbrzymiam. Na tym to polega. Sytuacje, o których opowiadam w stand-upie, wydarzyły się naprawdę. Ja je tylko mocno dobarwiam tak, żeby było bardziej zabawnie, śmiesznie. Chociaż z drugiej strony, jak moja żona nogę złamała, to wcale nie było zabawne, bo musiałem wszystko sam na święta przygotować. Ale z tego zrobiłem potem żart do programu.
– Jesteś chłopakiem z Wrocławia, tu się wychowałeś i tu występujesz. Czy Wrocławianie mają specyficzne poczucie humoru? Czy publiczność w różnych regionach Polski śmieje się z innych rzeczy? Nie pytam o kluby piłkarskie, bo to akurat może rodzić pewne konsekwencje.
– Z tym jest trochę tak, jak z gwarami. Inaczej wymawia się pewne słowa na Wschodzie, a inaczej na Zachodzie Polski. Mimo wszystko jednak humor wszędzie jest ten sam. Czasem tylko inaczej się rozkładają akcenty. Generalnie ludzie śmieją się z tego samego, ponieważ oglądają tę samą telewizję, te same filmy, żyją podobnymi problemami. Nie ma czegoś takiego jak humor regionalny. To już zniknęło.
– Z czego śmiejemy się dzisiaj najchętniej?
– Zawsze i wszędzie będą bawiły ludzi sytuacje damsko-męskie, małżeńskie. Ludzi to bawi, ponieważ widzą czasami albo siebie, albo swoich sąsiadów, albo widzą, że ktoś może mieć gorzej od nich. Sytuacje codzienne, coś, co oni znają. Tak samo jak to słynne zabranie przez rodziców pieniędzy z komunii. Połowa z nas, przynajmniej w moim wieku, to przeżyła. Że te pieniądze z komunii się gdzieś ulotniły. I teraz już się z tego śmiejemy, ale kiedyś to był duży dramat. Łatwo jest się też śmiać z polityki, tyle że według mnie nie powinno się kopać leżącego. Niektórzy politycy sami potrafią się zaorać podczas swoich wypowiedzi. No i zawsze jest ktoś o odmiennych poglądach, więc ja raczej tematów politycznych nie ruszam. Omijam też temat orientacji seksualnych, bo każdy ma wolność w swoim domku. I Kościoła nie ruszam, bo to temat bardzo mocno osadzony w naszych głowach jako sacrum. Są też tematy zbyt świeże. Kiedyś napisałem skecz o Powstaniu Warszawskim, ale nigdy dotąd go nie zagrałem. Z tego, co przytrafiło się Polakom 200 lat temu, można się dziś pośmiać, natomiast historia najnowsza, zwłaszcza ta tragiczna, już odpada.
– A gdybyś miał, jako zawodowiec, doradzić coś czytelnikom Wrocławskich Faktów, którzy szukają pomysłów na prima aprilis?
– Ja preferuję czarny humor. Zazwyczaj udawałem zawroty głowy, grałem, że umieram, że zaraz będzie ze mną koniec. Ale tego nie radzę, bo trzeba przeaktorzyć trochę. Takich sprawdzonych rozwiązań nie mam, bo każdy żart wynika z sytuacji, a raczej z tego, kto na co może się nabrać. Najważniejsze w żarcie primaaprilisowym jest to, żeby był chociaż troszkę prawdopodobny. Dzięki temu ktoś może w to uwierzyć. Jeżeli wymyślamy jakieś niestworzone historie, to wiadomo, że szansa jest nikła. Jeśli jednak choć troszkę uprawdopodobnimy swoją historię, wtedy może się udać. Trzeba być kreatywnym, każdy jednak musi to zrobić sam. Życzę wszystkim powodzenia!

