Michał Mazur: „Gra o medal jest naszym obowiązkiem”

WKS Śląsk Wrocław

Nie dostał konkretnego powodu odwołania z piłkarskiego Śląska, a kilka miesięcy później przejął jego koszykarskiego imiennika. Michał Mazur w rozmowie z nami opowiada o kondycji finansowej klubu, budowie nowej drużyny, pieniądzach publicznych, problemach infrastrukturalnych i planach na kolejne lata. Przed startem sezonu jasno stawia też sportowy cel. – Gra o medal jest naszym obowiązkiem – mówi prezes koszykarskiego Śląska Wrocław.

W tym artykule przeczytasz:
  • Dlaczego Mazur odszedł z piłkarskiego Śląska.
  • W jakiej kondycji jest dziś koszykarski Śląsk.
  • Jakie cele klub stawia na sezon 2026/27.

– Piotr Potępa: Zacznijmy od piłki nożnej, bo tego tematu nie mogę sobie darować. W lutym 2025 roku wygrałeś konkurs na prezesa piłkarskiego Śląska, a niespełna jedenaście miesięcy później zostałeś odwołany. Dostałeś od właściciela konkretne powody tej decyzji? Z dzisiejszej perspektywy uważasz ją za uzasadnioną?

– Michał Mazur: Nie chciałbym za bardzo wracać do historii. Mimo że jestem historykiem z wykształcenia, w tego typu sprawach nie lubię patrzeć wstecz. Mówiąc wprost – nie dostałem żadnego konkretnego zarzutu ani konkretnego powodu tej decyzji.

Zawsze wychodziłem jednak z założenia – i fakt, że taka czy inna decyzja została podjęta wobec mnie, tego nie zmienia – że właściciel ma prawo taką decyzję podjąć i nie musi się z niej tłumaczyć. Dlatego właśnie jest właścicielem. Tym bardziej że nie pożegnano się wówczas tylko ze mną. W tym samym czasie z klubem rozstało się jeszcze kilka innych osób.

– Nie było chyba łatwo się z tym pogodzić, skoro nie było żadnego konkretnego zarzutu ze strony właściciela?

– Wydaje mi się, że bardzo szybko przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Wiem, co w tym czasie udało się zrobić i to w bardzo trudnych okolicznościach. Pewnie zawsze można było zrobić więcej, ale najgorszemu wrogowi nie życzyłbym zarządzania tak poważnym klubem piłkarskim jak Śląsk Wrocław w momencie spadku z Ekstraklasy do pierwszej ligi. Przy drastycznym zmniejszeniu przychodów i wszystkich zmianach, które musiały nastąpić zarówno w spółce, jak i w drużynie było to bardzo wymagające wyzwanie.

– Robota od świtu do zmierzchu.

– Ciężka, niewdzięczna, bardzo trudna, pełna niełatwych i często niepopularnych decyzji. Wiem, co udało się zrobić. Cieszę się, że drużyna po jednym sezonie wróciła do Ekstraklasy, swój kamyczek do tego sukcesu wspólnie z wszystkimi współpracownikami dołożyłem. Mam tylko nadzieję, że obecna pozycja Śląska w tabeli nie będzie zapowiedzią krótkiego pobytu w Ekstraklasie, bo jego miejsce bez dwóch zdań jest w elicie.

Zawsze trzymam za chłopaków kciuki. Niezależnie od wszystkiego jestem kibicem tego klubu od dziecka. Przepracowałem w Śląsku łącznie ponad 14 lat, więc trudno, żebym myślał inaczej. To, co było, to było. Właściciel ma pełne prawo podejmować takie, a nie inne decyzje.

– W piłkarskim Śląsku przeszedłeś drogę od rzecznika prasowego i dyrektora zarządzającego do prezesa. Czego te 14 lat nauczyło cię przed objęciem stanowiska w koszykarskim Śląsku?

– W zasadzie wszystkiego. Tak muszę chyba odpowiedzieć. Praca w piłkarskim Śląsku jest moim największym doświadczeniem zawodowym, ale chyba również życiowym.

Pracowałem także w kilku innych miejscach, natomiast przez te 14 lat miałem możliwość poznać w zasadzie każdy aspekt funkcjonowania sportowej spółki. Najpierw jako szeregowy pracownik, później osoba na stanowisku kierowniczym, aż wreszcie jako członek jednoosobowego zarządu, kiedy tak naprawdę samemu podejmowało się decyzje.

Michał Mazur Śląsk Wrocław
Śląsk Wrocław

– Potężne wyzwanie i ogromna odpowiedzialność.

– Zgadza się. To ogromne doświadczenie, tym bardziej że zdobyte w bardzo dużej i skomplikowanej spółce, jaką jest piłkarski Śląsk Wrocław. Wydaje mi się, że wszystko, czego nauczyłem się przez ten czas w Śląsku, ale również w innych miejscach, w których wcześniej pracowałem, w jakiś sposób mnie ukształtowało.

Byłem przecież przez kilka lat dziennikarzem w gazecie, pracowałem również w bardzo dużej, jednej z najlepszych w kraju agencji public relations. Chciałbym, żeby doświadczenia ze wszystkich tych miejsc, a nie wyłącznie z piłkarskiego Śląska, udało mi się teraz przenieść na grunt innego klubu sportowego. Tym razem koszykarskiego.

– Prezesem koszykarskiego Śląska zostałeś na początku sierpnia, kiedy przygotowania do sezonu były już mocno zaawansowane. Co dokładnie zastałeś w klubie – organizacyjnie, finansowo i sportowo?

– To, że 3 sierpnia wszedłem do klubu, nie oznacza, że był to mój pierwszy kontakt z nim. Propozycję otrzymałem wcześniej i już przez poprzednie dni, a nawet tygodnie, byłem w regularnym kontakcie z klubem.

Kiedy podjęliśmy decyzję, że przyjmuję tę propozycję i będziemy współpracować, pozostawałem w kontakcie z poprzednią panią prezes, którą zresztą znam jeszcze z czasów pracy w piłkarskim Śląsku.

– Pełny onboarding.

– Tak jest. Przekazywała mi niezbędną wiedzę i poszczególne tematy, dzięki czemu miałem czas, żeby w miarę swobodnie wejść do spółki. Nie było więc tak, że 3 sierpnia nagle przyszedłem i z zaskoczeniem zacząłem odkrywać różne rzeczy.

Dostałem spółkę poukładaną i znajdującą się w stabilnej sytuacji finansowej. Jednocześnie na pewno trochę poobijaną zarówno sportowo, jak i komunikacyjnie po poprzednim sezonie, który zakończył się bardzo dużym rozczarowaniem.

– Koszykówka we Wrocławiu zawsze poprzeczkę wymagań trzyma bardzo wysoko.

– Widzę na każdym kroku, zarówno wewnątrz klubu, jak i na zewnątrz, że oczekiwania wobec koszykarskiego Śląska są naprawdę na najwyższym możliwym poziomie. Jeśli spojrzymy na środowisko koszykarskie, to przecież jest olbrzymi klub. Historycznie najbardziej utytułowany w kraju. Nie ma drugiej drużyny, która na przestrzeni niemal 80 lat swojej historii zdobyłaby tyle mistrzostw Polski, medali czy pucharów.

Siłą rzeczy oczekiwania zawsze są tutaj bardzo wysokie. Dwa sezony temu Śląsk nawet nie zakwalifikował się do play-offów. W poprzednim wydawało się, że będzie lepiej, ale mimo prowadzenia 2:0 w ćwierćfinale z Arką ostatecznie przegrał 2:3.

– Szok i ogromne rozczarowanie.

– Spółka była więc trochę poobijana sportowo, ale także komunikacyjnie w takim znaczeniu, że wśród kibiców pozostał bardzo duży zawód. Jednym z zadań, które postawiłem przed sobą, jest odbudowanie ich zaufania.

To bardzo wymagający kibice, ale trudno przecież nie mieć wymagań i oczekiwań wobec klubu, który seryjnie zdobywał mistrzostwa Polski i medale mistrzostw kraju.

Pierwsze dni i tygodnie mojej pracy były temu poświęcone w różnych aspektach. Dla mnie elementem odbudowy zaufania jest chociażby sprawnie przeprowadzone okienko transferowe połączone z zakontraktowaniem ciekawych zawodników. Wydaje mi się, że udało się to zrobić.

Rozmawiamy jednak dzień przed pierwszym meczem sezonu, więc na razie możemy oceniać to, jak wszystko wygląda na papierze, na treningach i w sparingach. Jak to w sporcie – niezależnie od tego, czy mówimy o piłce nożnej, koszykówce czy innej dyscyplinie – wszystko tak naprawdę zweryfikuje boisko.

Mam nadzieję, że nie pomyliliśmy się przy budowaniu tej drużyny i w nadchodzącym sezonie da ona dużo radości naszym kibicom, bo na pewno na to zasługują.

– Przejąłeś stanowisko po Karolinie Pokorskiej, wcześniej przez wiele lat prezesem był Michał Lizak. Dostałeś od właściciela konkretne zadanie? Kontynuować dotychczasowy kierunek czy rozpocząć zmianę sposobu funkcjonowania Śląska?

– Długo rozmawialiśmy przede wszystkim z przewodniczącym rady nadzorczej Piotrem Waśniewskim, od którego w ogóle wyszła propozycja objęcia przeze mnie tego stanowiska. Oczywiście rozmawialiśmy o oczekiwaniach. Jednym z ważnych elementów, na których zależy radzie nadzorczej, jest wykorzystanie mojego doświadczenia z pracy w piłce nożnej przy dalszym rozwijaniu klubu.

Wiadomo, że piłka nożna jest najpopularniejszą dyscypliną sportu w naszym kraju. W związku z tym kluby piłkarskie są siłą rzeczy większe i w różnych aspektach bardziej rozwinięte. Chodzi więc o to, żeby moje doświadczenia, czyli to, co widziałem, w czym uczestniczyłem i co wprowadzałem w piłce nożnej w tych obszarach, w których będzie to możliwe, przenosić na grunt koszykówki. Po prostu cały czas się profesjonalizować.

– Do tej pory brakowało tej profesjonalizacji?

– Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że wcześniej coś tutaj funkcjonowało źle. Jest jednak stare powiedzenie, że jeżeli stoi się w miejscu, to się cofa. Trzeba więc cały czas, sezon po sezonie, konsekwentnie rozwijać się, dodawać kolejne elementy, robić nowe rzeczy i próbować kolejnych rozwiązań, żeby iść do przodu.

Śląsk jest wizytówką polskiej koszykówki. Trochę traktuję więc swoje zadanie jako coś wykraczającego poza samą pracę w koszykarskim Śląsku. Chciałbym również pokazywać innym klubom, co można ciekawego zrobić, aby cała dyscyplina szła konsekwentnie do przodu.

Sam moment objęcia funkcji rzeczywiście był wymagający. Trwało okienko transferowe. Miałem swoje doświadczenia, ale trochę inne. Praca w klubie sportowym dała mi bardzo dużo, a dodatkowo przez kilka miesięcy pomiędzy odejściem z piłkarskiego Śląska a przyjściem tutaj pracowałem w Polskiej Lidze Koszykówki w Warszawie. To oczywiście przypadek, ale dzięki temu moje wejście do koszykarskiego Śląska było trochę łatwiejsze.

Przełom sezonów zawsze jest trudny. Kończą się umowy sponsorskie, wygasają kontrakty zawodników, trzeba pozyskiwać nowych graczy. Jednocześnie ja potrzebowałem czasu, żeby poznać ludzi, nawiązać z nimi nić porozumienia, zrozumieć procesy funkcjonujące w spółce i wszystkie zależności.

Wszystko wydarzyło się więc naraz. Mam nadzieję, że nie zaliczyliśmy żadnego falstartu i będziemy bardzo dobrze przygotowani do nowego sezonu.

Michał Mazur - Śląsk Wrocław
Śląsk Wrocław

– Porozmawiajmy o pieniądzach. Sprawozdanie finansowe za 2025 rok pokazuje ponad 14 milionów złotych przychodów i blisko 900 tysięcy złotych zysku netto. Śląsk jest dziś stabilnym finansowo i płynnościowo klubem?

– Tak i jest to coś, co bardzo mnie cieszy, zwłaszcza biorąc pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia w innym klubie o tej samej nazwie. To rzeczywiście duży komfort.

Absolutnie nie oznacza to jednak, że tutaj się przelewa i możemy sobie na wszystko pozwolić. Każdą złotówkę, którą wydajemy, najpierw musimy dwa razy obejrzeć. Jest to również zgodne z moją filozofią.

Nie jestem rozrzutnym człowiekiem, jeśli chodzi o zarządzanie spółką. Znowu sięgnę po analogię do piłkarskiego Śląska – tam również kładłem ogromny nacisk na dyscyplinę budżetową i w trudnym momencie udało nam się obniżyć koszty funkcjonowania spółki o niemal 20 procent.

Jest to zgodne z moim podejściem, bo nie jestem fanem wydawania pieniędzy tak po prostu. Oczywiście nie oznacza to absurdalnych oszczędności. Żeby się rozwijać, trzeba także zainwestować.

Tutaj sytuacja jest w miarę stabilna, ale pierwsze dni i tygodnie mojej pracy były również poświęcone temu, żeby zabezpieczyć ją na przyszłość. Chodziło o przedłużenie umów z obecnymi sponsorami i nawiązywanie kontaktów z podmiotami, które – jeśli nie teraz, to w przyszłości – mogłyby być zainteresowane współpracą z naszym klubem. To w tej chwili się dzieje.

– Jaki jest budżet Śląska na ten sezon i jak wygląda struktura jego przychodów? Ile klub wypracowuje sam, a jak duże znaczenie mają środki publiczne, sponsorzy, bilety merchandising czy hospitality?

– Budżet jest na podobnym poziomie jak w poprzednim roku, więc mając ostatnie sprawozdanie finansowe łatwo można te wartości porównać.

Trzeba jednak pamiętać, że sprawozdanie finansowe dotyczy roku kalendarzowego, bo taki jest obecnie rok obrotowy przyjęty w spółce, choć w perspektywie czasu chcemy to zmienić. Budżet sportowy funkcjonuje natomiast w cyklu sezonowym.

Bardzo podoba mi się w koszykówce to, że kontrakty z zawodnikami najczęściej zawierane są na dziesięć miesięcy, czyli mniej więcej na tyle, ile realnie trwa sezon. To jedna z różnic pomiędzy koszykówką a piłką nożną. Mówiąc półżartem – za przestoje się nie płaci.

– Łatwiej też rozstać się z zawodnikiem, który nie spełnił oczekiwań. Wróćmy do budżetu.

– Pozwól, że nie będę podawał wszystkich szczegółów dotyczących struktury przychodów. Pytasz między innymi o pieniądze publiczne, ale są też kwestie związane z umowami i pewnego rodzaju tajemnicą biznesową.

Wiem, że wszyscy, a zwłaszcza kibice, chcieliby wiedzieć jak najwięcej. Co do zasady jestem człowiekiem transparentnym, ale istnieją sprawy, których z różnych względów – czy to zapisów umownych, czy po prostu zdrowego rozsądku – nie chcę publicznie poruszać. Z doświadczenia wiem, że ujawnianie pewnych informacji nie zawsze później pomaga w rozmowach z potencjalnymi sponsorami i podczas negocjacji stricte biznesowych.

– To co możesz nam powiedzieć?

– Mogę powiedzieć, że polityka naszej gminy zakłada wspieranie klubów sportowych. Najbardziej jaskrawym przykładem jest piłkarski Śląsk, choć to trochę inna sytuacja, ponieważ jest on własnością gminy. Uważam, że właściciel powinien dbać o swoją własność.

Inne kluby – nasz, piłka ręczna, siatkówka i kolejne – również są wspierane przez gminę. Jako człowiek od lat zawodowo związany ze sportem nie mam zamiaru z tym polemizować. Tak po prostu jest.

– Niektórym to wystarcza i nie szukają pieniędzy gdzie indziej, bo przecież miasto i tak dosypie.

– To nie leży w moim charakterze, żeby się tym zadowolić. Podobnie było w piłkarskim Śląsku, gdzie pomimo spadku udało się utrzymać współpracę ze wszystkimi sponsorami, mimo wygasających umów. Pozyskaliśmy również kilku nowych partnerów biznesowych i pojawił się nowy sponsor na koszulce.

Tutaj chciałbym działać tak samo. Niezależnie od tego, że publiczne pieniądze się u nas pojawiają – co wynika zarówno z polityki miasta, jak i faktu, że polski sport jest generalnie bardzo mocno powiązany z publicznym finansowaniem – nie chciałbym się wyłącznie na nich opierać.

To jedna strona medalu. Drugą jest budowanie drugiej odnogi, bardziej komercyjnej. Jest to jeden z celów, które sam przed sobą stawiam, a jednocześnie oczekiwanie rady nadzorczej.

Jeśli chodzi natomiast o przychody związane z biletami, karnetami czy merchandisingiem, to jest to mniej więcej 20 procent naszego budżetu.

– To i tak nieźle biorąc pod uwagę ograniczenia infrastrukturalne.

– Hala Orbita mieści około 3000 osób. Kilka spotkań w sezonie rozgrywamy także w Hali Stulecia. Jest oczywiście dużo większa, ale z kolei organizacja meczu wiąże się tam z większymi kosztami, chociażby ochrony.

Nie chcę jednak w żaden sposób narzekać. Współpraca zarówno z Orbitą, czyli spółką Spartan, jak i z Halą Stulecia jest bardzo dobra. W wakacje w Orbicie przeprowadzono remont. Wymieniono nagłośnienie i oświetlenie, odnowiono parkiet. Remontowana jest również przestrzeń konferencyjna, którą będziemy chcieli wykorzystać jako nową strefę VIP dla naszych klientów biznesowych. Trzeba natomiast pamiętać, że nie są to obiekty oddane do użytku rok czy dwa lata temu. Powstawały znacznie wcześniej, w czasach, kiedy hale widowiskowo-sportowe czy stadiony nie były projektowane do takiej roli, jaką mają pełnić obecnie.

To całkowicie naturalne stwierdzenie faktu, a nie negatywna ocena. Pewnie chcielibyśmy w tym obszarze więcej, ale mamy taką, a nie inną, infrastrukturę i musimy we współpracy z operatorami wycisnąć z niej maksimum.

Hala Orbita.
Fot. Urząd Miejski Wrocławia.

– Czy brak nowoczesnej, większej hali w dłuższej perspektywie ogranicza rozwój koszykarskiego Śląska, ale też innych wrocławskich klubów?

– W tym kontekście rzeczywiście jest to niezbędne. Można tę kwestię oceniać na kilku płaszczyznach.

Nie chciałbym wypowiadać się za inne kluby, bo nie znam dokładnie wszystkich ich uwarunkowań, nawet jeśli korzystają, podobnie jak my, z Hali Orbita.

Żeby grać w EuroCup – przypomnę, że są to najbardziej prestiżowe europejskie rozgrywki, w których w tym momencie występuje polska drużyna – trzeba spełniać określone warunki. Dotyczą one między innymi wysokości budżetu, wielkości hali i kilku innych elementów.

Na szczęście spełniamy wszystkie wymagania i dlatego mamy zaproszenie do EuroCup.

– Najbardziej prestiżowa jest Euroliga i tam już chyba nie tak łatwo się dostać?

– Tam również trzeba spełnić określone warunki. My siłą rzeczy obecnie nie spełniamy chociażby budżetowych. Kto wie, może kiedyś w przyszłości nam się uda, ale oczywiście jest to ogromne wyzwanie, gdyż mówimy o budżetach sięgających kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu milionów euro rocznie.

W tej chwili jest to coś całkowicie poza naszym horyzontem. Wspominam jednak o tym dlatego, że jednym z wymogów jest także posiadanie odpowiedniej hali.

– We Wrocławiu takiego obiektu nie ma co według mnie jest nieco wstydliwe.

– Wydaje mi się też – i tutaj wychodzę już poza swoje podwórko – że przez brak odpowiedniej hali uciekają nam ciekawe imprezy sportowe i niesportowe. Reprezentacja Polski w siatkówce, koszykówce czy piłce ręcznej po prostu do Wrocławia nie przyjeżdża.

Zostaliśmy pod tym względem zdominowani przez inne miasta: Kraków, Gdańsk, Łódź czy nawet pobliskie Gliwice. Najbliższy mecz reprezentacji Polski w koszykówce odbędzie się właśnie w tym mieście. Takie są fakty, a z faktami trudno dyskutować.

– Poprzedni sezon zakończył się wielkim rozczarowaniem i odpadnięciem z Arką mimo prowadzenia 2:0. W klubie postawiono diagnozę tego, co poszło nie tak?

Postawiono, choć tutaj znów nie chciałbym za bardzo wracać do historii. Nie jest to nawet kwestia tego, czy się z nią zgadzam, czy nie.

Chciałbym jasno powiedzieć jedną rzecz. Nie zamierzam teraz opowiadać, jak świetnie znam się na koszykówce i że podejmuję każdą możliwą decyzję dotyczącą tej dyscypliny. Byłoby to po prostu nieuczciwe.

– Twoja rola jest inna.

– Mam przede wszystkim zapewnić klubowi i drużynie możliwość funkcjonowania w jak najlepszych warunkach. Oczywiście muszę również zajmować się aspektem stricte sportowym.

Nie chcąc całkowicie uciekać od odpowiedzi na twoje pytanie, odpowiem więc inaczej. Spójrzmy na to, jak zbudowaliśmy kadrę podczas obecnego pre-seasonu. Wydaje mi się, że nawet ktoś, kto byłby nam nieżyczliwy, nie może powiedzieć, że przespaliśmy okienko czy nie wykorzystaliśmy go w pełni.

Moim zdaniem jest wręcz odwrotnie. Jak na polską ligę przeprowadziliśmy naprawdę hitowe transfery.

Nie chcę pompować balonika wokół Devina Robinsona, bo już bardzo dużo się o nim mówiło, ale uważam – i nie jestem odosobniony w tej opinii – że jest to zawodnik, jakiego w polskiej lidze nie było od kilku, a może nawet kilkunastu lat.

Devin Robinson Śląsk Wrocław
WKS Śląsk Wrocław

– Kilka sezonów w najlepszej lidze w Europie robi wrażenie.

– Osiągał tam bardzo dobre statystyki, podobnie jak w europejskich pucharach.

Nie chcę jednak budować całej narracji tylko wokół niego. John Egbunu również wydaje się bardzo ciekawym zawodnikiem, podobnie Malik Parsons czy Anthony Hickey. Mamy również świetnych Polaków, dla których w większości to nie będzie pierwszy sezon we Wrocławiu.

Wydaje mi się więc, że drużyna jest naprawdę bardzo ciekawa i jest to trochę odpowiedź na twoje pytanie. Pokazuje, że wszyscy w klubie mają świadomość, iż poprzedni sezon zakończył się nie tak, jak powinien. Te mityczne wnioski zostały wyciągnięte.

Oczywiście na razie to wszystko są dywagacje. Zobaczymy, jak będzie wyglądało na boisku.

– Tak duża przebudowa wymaga chyba trochę czasu zanim wszystko „kliknie”.

– Zatrudnienie zawodników, których pozyskaliśmy, wiązało się z tym, że musieliśmy na nich dłużej czekać. Nie zawsze jesteśmy dla każdego pierwszym wyborem. Czasami trzeba mocniej popracować, dłużej negocjować i przedstawić zawodnikowi również inne korzyści, które mogą wynikać ze związania się ze Śląskiem Wrocław. Nie tylko finansowe.

Mieliśmy też kwestie formalne. John Egbunu, jako Nigeryjczyk, czekał około miesiąca na wizę i możliwość wjazdu do kraju.

W efekcie ostatni zawodnik dołączył do nas w minioną niedzielę, a tym samym nie rozegraliśmy ani jednego sparingu w pełnym składzie. Mamy świadomość, że drużyna będzie więc potrzebowała chwili, żeby wejść na poziom, który naszym zdaniem będzie optymalny.

Bardzo poważnie traktujemy ten sezon i oczekiwania, które są wobec nas. Sami również mamy wysokie oczekiwania względem siebie i wiemy, czym jest presja pracy w takim klubie.

Do tego dochodzi EuroCup – bardzo trudne i wymagające rozgrywki, w których będziemy się mierzyć w większości z klubami dysponującymi zdecydowanie wyższymi budżetami od naszego.

Nie chcemy jednak być tam chłopcem do bicia ani Kopciuszkiem. Chcemy mocno zaakcentować swój udział w tych rozgrywkach, żeby nie był to jedynie epizod w historii naszego sezonu.

– Trener Danny Franco mówił o potrzebie stworzenia zespołu, który nie rozpadnie się po jednym sezonie. Kibice również zarzucają klubowi, że co chwilę zmienia się koncepcja i następuje kolejna przebudowa. Jak zbudować coś długofalowo?

– To rzeczywiście jedna z różnic, które dostrzegam pomiędzy pracą w piłce nożnej i koszykówce.

W piłce znacznie bardziej naturalne są wieloletnie kontrakty. Pozwala to osiągnąć większą stabilizację i planować bardziej długofalowo.

Koszykówka jest pod tym względem inna i tu nie chodzi tylko o Śląsk Wrocław. Możemy tak powiedzieć właściwie o każdym klubie. Kończy się sezon i zdecydowanej większości zawodników wygasają kontrakty.

Cała otoczka regulacyjna tej dyscypliny również wygląda inaczej. W piłce nożnej mamy konkretne okna transferowe, w których można dokonywać zmian w drużynach, i koniec. Tutaj ruchy transferowe można wykonywać tak naprawdę przez większość sezonu.

Taka jest rzeczywistość tej dyscypliny i nie możemy się na nią obrażać.

Pewnie nie każdego zawodnika da się również przekonać do dłuższego kontraktu.

– Najtrudniej pewnie przekonać obcokrajowców.

– Tak, głównie Amerykanów. Nie jestem przekonany, czy perspektywa podpisania wieloletniej, na przykład trzyletniej umowy z klubem polskiej ligi zawsze będzie dla amerykańskiego zawodnika kusząca.

Są to rzeczy, które trzeba umiejętnie wyważyć.

Co do zasady zgadzam się jednak z trenerem. Wynika to także z moich własnych doświadczeń. Bardzo zależałoby mi na tym, żebyśmy przed każdym kolejnym sezonem nie musieli wszystkiego tworzyć niemal całkowicie od podstaw.

Musimy jednocześnie pamiętać o presji wyniku, która w takich klubach jak Śląsk czy np. Legia – mówię oczywiście o koszykarskich markach – jest zawsze bardzo duża.

Trzeba to umiejętnie wyśrodkować. Nie można myśleć wyłącznie o tym, żeby budować drużynę w długofalowej perspektywie, bo na końcu tu i teraz musi się również zgadzać wynik sportowy.

Natomiast patrzenie na nasze zaplecze młodzieżowe, wiązanie się z młodymi Polakami dłuższymi kontraktami, tak jak na przykład zrobiliśmy latem podpisując trzyletnią umowę z Leonem Duninem-Wąsowiczem – jestem zdecydowanie na tak. Pamiętajmy jednak, że nie jest tak, że wcześniej tego nie było – to przecież Śląsk w ubiegłym sezonie wygrał klasyfikację młodzieżowca.

– Śląsk ma wielką historię, ale żeby pozostać wielkim klubem, musi też „produkować” własnych zawodników. Jaką rolę w twojej strategii mają szkolenie młodzieży, akademia i realna droga wychowanka do pierwszej drużyny?

– Bardzo dużą. Jest to trochę rozwinięcie tego, o czym mówiłem przed chwilą.

Mamy świetnych chłopaków w grupach młodzieżowych i juniorach. Kilku z nich, zwłaszcza w pierwszym okresie pre-seasonu, było z nami, rozgrywało sparingi i czasami wspiera pierwszą drużynę podczas treningów.

Tylko nie jest łatwo z jednej strony mówić o stawianiu na młodzież, a z drugiej jednocześnie bardzo przekonująco mówić o walce o najwyższe cele.

Zwłaszcza w koszykówce, która jest jednak bardzo fizycznym sportem. Czasami młodzi chłopcy mają bardzo duże umiejętności techniczne, ale po prostu brakuje im trzech centymetrów wzrostu czy trzech kilogramów masy.

Tak wygląda rzeczywistość.

Nie są to łatwe rzeczy do pogodzenia, natomiast bardzo zależy nam na tym, żeby ci chłopcy mieli możliwość rozwijania się, nabierania doświadczenia i stawania się coraz lepszymi sportowcami.

– Po objęciu stanowiska zapowiadałeś, że chcesz Śląska bardziej otwartego, zachęcającego do kibicowania i współpracy. Co konkretnie ma się zmienić z punktu widzenia kibica?

– Przede wszystkim nie chciałbym, żeby to, co teraz powiem, zostało odebrane na zasadzie, że wcześniej było źle, a teraz będzie lepiej. Pewnie będzie inaczej, ale nie chcę oceniać tego, jak było wcześniej.

Mam natomiast swoje doświadczenia. Jak mówiłem na początku, byłem dziennikarzem, a po przyjściu do piłkarskiego Śląska przez długi czas zajmowałem się komunikacją. Byłem rzecznikiem prasowym, dyrektorem do spraw komunikacji i promocji. Pracowałem też przez kilka lat w agencji PR-owej.

Dla mnie aspekt komunikacyjny jest więc bardzo istotny, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Trzeba cały czas pozostawać w kontakcie z kibicami.

Oczywiście na własnych warunkach, bo kibic z natury rzeczy chciałby wiedzieć wszystko. Nie zawsze jesteśmy w stanie spełniać wszystkie oczekiwania. Czasami wynika to z zapisów kontraktowych, czasami z innych powodów. Nawet jeśli jakaś informacja wyjdzie na zewnątrz, nie zawsze możemy ją od razu potwierdzić.

Jako dziennikarz doskonale wiesz, że transfery lubią ciszę. Czasami po prostu są takie sytuacje.

Michał Mazur Śląsk Wrocław
Śląsk Wrocław

– Niejeden transfer upadł przez to, że wyszedł na światło dzienne zbyt wcześnie.

– Otóż to. Sam kontakt z kibicami jest jednak dla mnie bardzo ważny, bo na końcu robimy to wszystko właśnie dla nich.

Nie robimy tego dla siebie ani dla kilku czy kilkunastu osób zatrudnionych w klubie. Robimy to dla naszych kibiców. Bez ich obecności na meczach, wsparcia i codziennego zaangażowania – czy to poprzez komentarze na Facebooku i Twitterze, czy później bezpośrednio w hali w dniu meczowym – nasza praca kompletnie nie miałaby sensu.

Bardzo zależy mi więc na tym, żeby komunikację z kibicami przenieść na wyższy poziom. Żeby za pośrednictwem pracowników klubu, którzy trochę w ich imieniu są blisko drużyny, mogli czuć, że sami również są blisko niej. Żeby wiedzieli, co się dzieje, poznawali naszych zawodników i w pewnym sensie mogli budować z nimi relację.

– Jak planujecie tę relację budować?

– Może brzmi to trochę banalnie, ale właśnie po to nasza kamera ma być blisko drużyny, nasz fotograf ma być blisko i po to kibice mają mieć możliwość spotykania się z zawodnikami.

Przykładem była ostatnia prezentacja drużyny na Pergoli. Będziemy organizowali kolejne tego rodzaju rzeczy w trakcie sezonu. Chodzi o to, żeby ta więź powstawała i była później pielęgnowana.

Mam wrażenie, że te pierwsze dwa miesiące pokazały już pewne nowe elementy w naszej komunikacji. Sam to dostrzegam, a także docierają do nas takie sygnały od kibiców.

Właśnie w tym kierunku chciałbym, żebyśmy zmierzali. Żeby po prostu było nas dużo więcej.

Musimy przy tym pamiętać, że jesteśmy małą organizacją. Mówię o naszej spółce, zwłaszcza w porównaniu z piłkarskim Śląskiem, który znam doskonale. Rąk do pracy zawsze więc trochę brakuje.

Komunikacja jest jednak takim obszarem, w którym nie możemy pozwolić sobie nawet na chwilę oddechu, bo kibic cały czas oczekuje kolejnych informacji z życia drużyny i klubu. Naszą rolą jest po prostu te oczekiwania w możliwie dużym stopniu spełniać.

– Jesteśmy u progu nowego sezonu. Dziś 30 września o godzinie 19:00 pierwszy mecz z Budućnost Podgorica, mistrzem Czarnogóry. Jakie cele stawiacie sobie na parkiecie i poza nim? Po czym za rok będziemy mogli stwierdzić, że Śląsk zrobił krok do przodu?

– Jeżeli chodzi o sport, zawsze mam trochę problem z odpowiadaniem na takie pytania.

Nie dlatego, że powstrzymuje mnie fałszywa skromność. Po prostu za długo pracuję w sporcie, żeby po pierwsze próbować wszystko przewidywać, a po drugie nie wiedzieć, czym jest pokora.

Można mieć najlepsze plany i wszelkie powody, żeby mówić wprost o swoich ambicjach, ale później życie potrafi bardzo szybko wszystko zweryfikować.

W naszej rozmowie co chwilę powraca piłkarski Śląsk. Doskonale pamiętasz sezon, w którym jako wicemistrz Polski spadł z hukiem z Ekstraklasy.

– Niestety nigdy go nie zapomnę.

– Ja również.

Przed rozpoczęciem tamtego sezonu chyba absolutnie nikt nie brał pod uwagę takiego scenariusza. Można było zastanawiać się, czy Śląsk zakończy sezon na podium, czy może w środku tabeli. Ale spadek? Patrząc na drużynę, budżet, trenera i wszystkie pozostałe elementy, nikt nie zakładał takiego rozwiązania.

– Sport jest bezwzględny.

Dlatego nie lubię wymachiwania szabelką. Ktoś może zarzucić mi w tym miejscu asekuranctwo, ale ja po prostu twardo stąpam po ziemi.

To jednak tylko jedna strona tej kwestii. Druga jest taka, o której mówiłem dużo wcześniej. To jest Śląsk Wrocław. Tutaj zawsze muszą być duże ambicje.

Absolutnie nie wyjdę teraz do ludzi i nie powiem: pograjmy pierwsze miesiące albo sezon zasadniczy, zobaczymy, na którym miejscu skończymy, a później dostosujemy nasze cele do sytuacji.

Nie.

Musimy jasno zaznaczać, że Śląsk jest – użyję takiego słowa – skazany na wysokie oczekiwania i presję. Zarówno zewnętrzną, jak i tę, którą sami na siebie nakładamy.

Śląsk zawsze gra o coś.

– O co gra w tym sezonie?

Dla mnie tym „czymś” w nadchodzącym sezonie jest co najmniej półfinał i strefa medalowa.

Uważam, że właśnie tego musimy od siebie oczekiwać. Tego oczekują również nasi kibice. Sygnały, które wysyłaliśmy przez ostatnie tygodnie, kontraktując kolejnych zawodników, także nie pozwalają nam na minimalizm.

Wiadomo, że play-offy są bardzo specyficzne i potrafią przynosić różnego rodzaju niespodzianki. Nie zmienia to jednak faktu, że gra o medal jest naszym obowiązkiem.

– Pozostaje jeszcze EuroCup.

– Tutaj znacznie trudniej jest mi coś jednoznacznie deklarować, bo przyjdzie nam grać z naprawdę świetnymi drużynami.

Mówimy zarówno o różnicach sportowych, jak i budżetowych. Większość naszych rywali dysponuje większymi możliwościami finansowymi, więc na pewno nie będzie łatwo i przyjemnie.

Jednak w poprzednim sezonie te różnice również istniały, a mimo to potrafiliśmy kilka spotkań wygrać i w kilku innych nawiązać bardzo równorzędną walkę. Liczę, że w tym sezonie będzie podobnie. Zobaczymy, co nam to da.

Musimy pamiętać, że przed tym sezonem EuroCup przeszedł transformację. W grupie jest osiem zespołów, czyli rozgrywamy czternaście spotkań, a cztery najlepsze drużyny awansują do play-offów.

Bardzo liczę na to, że do samego końca fazy zasadniczej będziemy mogli patrzeć na tabelę z nadzieją na coś więcej. Że w połowie stycznia, kiedy ta część rozgrywek będzie się kończyć, nadal będziemy mieli realną perspektywę dalszej gry.

– To kwestia sportowa. Czego się spodziewać od strony organizacyjnej?

– Organizacyjnie chciałbym natomiast z każdym kolejnym sezonem – oczywiście nie wiem, jak długo dane mi będzie tutaj pracować – wchodzić na coraz wyższy poziom profesjonalizmu i rozszerzać fundamenty, na których opiera się Śląsk.

Mam na myśli przede wszystkim wszystko, co jest związane z drużyną, jej otoczeniem i narzędziami, z których korzystają trenerzy, ale również pracę stricte administracyjną.

Chciałbym z jednej strony wykorzystywać doświadczenia wyniesione z tak dużego organizmu, jakim jest piłkarski Śląsk, czy szerzej z piłki nożnej jako bardzo zaawansowanej pod względem organizacyjnym dyscypliny sportu w naszym kraju.

Z drugiej strony mamy możliwość mierzenia się z naprawdę dobrymi drużynami z ligi włoskiej, francuskiej, tureckiej czy niemieckiej, które funkcjonują na trochę wyższym poziomie niż nasza krajowa liga.

Chciałbym również je obserwować, podpatrywać najlepsze rozwiązania, które stosują i próbować przeszczepiać je na nasz polski, wrocławski grunt.

Ta droga zaczyna się już dziś. Liczę, że kibice będą z nami przez cały sezon.

Show Comments (0) Hide Comments (0)
guest

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów

Dołącz do newslettera!

Co słychać we Wrocławiu? Sprawdź pierwszy. Nie przegap tego, o czym mówi miasto

Zapisując się, akceptujesz nasz Regulamin oraz Politykę prywatności. Twoje dane będą przetwarzane wyłącznie w celu wysyłki newslettera.