0

Zapraszamy na kolejne spotkanie w cyklu #BliżejMiasta. Tym razem, dzięki naszemu i Państwa rozmówcy, będziemy mieli okazję przyjrzeć się działaniu Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego całkowicie od środka.

Dlaczego tramwaje się spóźniają? Jaki tak naprawdę jest stan wrocławskich torowisk? Jak reaguje człowiek, który musi własnymi rękami gasić tramwaj, który przed chwilą prowadził? Przed Państwem rozmowa z Pawłem – motorniczym.

Jak to się stało, że zostałeś motorniczym? Skąd ten pomysł?

To zabawny zbieg okoliczności. Wcześniej pracowałem w branży finansowej, chcąc zmienić pracodawcę jechałem na rozmowę kwalifikacyjną. Zobaczyłem w tramwaju plakat o rekrutacji na motorniczych i zamiast na rozmowę, pojechałem do siedziby MPK. Tam dowiedziałem się wszystkiego i postanowiłem podjąć kurs.

Przewozisz tysiące ludzi dziennie, to bardzo odpowiedzialne zadanie. To stresująca praca?

Oczywiście czuję tę odpowiedzialność. Trzeba dbać o swoje skupienie i dobre samopoczucie, bo ludzie powierzają nam jakby nie patrzeć swoje bezpieczeństwo. Ufają, wsiadając do tramwaju. Jeśli jesteś dobrze przygotowany to nie jest to może bardzo stresujące – przynajmniej na co dzień. Warto też popatrzeć z innej strony, motorniczy uczestnicząc cały dzień w ruchu drogowym również naraża się na niebezpieczeństwo. Niedawno w Poznaniu był bardzo poważny wypadek. Około roku temu, wykoleił się tramwaj jadący ze sporą prędkością. Pech chciał, że uderzył w pobliski słup. Motorniczy niestety zmarł. Odpowiadamy za bezpieczeństwo nie tylko pasażerów, ale i swoje. To podwójna motywacja do zachowania uwagi na dobrych obrotach.

Właśnie…, opowiedz – proszę – o jakichś najtrudniejszych sytuacjach, które spotkały Cię podczas pracy.

Było kilka naprawdę ciężkich. Kiedyś jadąc przez Most Grunwaldzki nagle zobaczyłem, jak ciężarówka pędzi prosto na mnie. Kierowca na szczęście w ostatniej chwili odbił… Było bardzo blisko! Wtedy – wracając trochę do poprzedniego pytania – zdałem sobie sprawę, że jednak ja siedzę z przodu. Nie zawsze pasażerowie są najbardziej wystawieni na zagrożenie. Zdarzyło mi się też gasić swój wagon. Pasażer przybiegł do mnie na przystanku z alarmem, że coś się pali. To były pierwsze tygodnie mojej pracy, więc możesz sobie wyobrazić, jak byłem przerażony musząc dźwignąć taką odpowiedzialność. Sprawdziłem, faktycznie w całym tylnym wagonie było siwo od dymu. Po raz pierwszy w życiu miałem wtedy okazję posługiwać się gaśnicą. Okazało się, że zapalił się jeden z silników napędzających tramwaj, nic groźnego. ale strachu było bardzo dużo.

Ze świeższych zdarzeń… Jesienna pogoda stwarza – chcąc nie chcąc – sporo zagrożeń. Całkiem niedawno chciałem zatrzymać się na wyznaczonym przystanku. Nacisnąłem na hamulec, ale przez mokre tory, na których znalazło się również sporo liści skład jechał dalej bez żadnej reakcji. Rozpocząłem hamowanie awaryjne, dopiero to pozwoliło zatrzymać tramwaj. Ledwo co, w granicach przystanku. Tuż przed przejściem dla pieszych.

Jak się pracuje we wrocławskim MPK? Z jakimi trudnościami czy absurdami musisz się mierzyć, a co funkcjonuje Twoim zdaniem dobrze?

Na pewno zadowolony jestem z dobrze funkcjonujących kwestii formalnych, technicznych. Wypłaty na czas, dobra biurokracja, zarządzanie kadrami… Najwyższy poziom! Firma też wspiera nas, kiedy jest taka potrzeba.  Największy minus, na jaki zwracam uwagę to niestety stan dróg i torowisk. Zaniedbane przez lata, jeszcze podczas rządów poprzedniego prezydenta. Dlatego teraz co chwilę prowadzone są gdzieś prace. To powinno być zrobione 15 lat temu.  Stan niektórych pojazdów też pozostawia sporo do życzenia. Jako początkujący motorniczy często jeżdżę starymi tramwajami, które już nie powinny kursować od 20 lat. W nowszych modelach raczej nie zdarzyłoby się samozapalenie lub brak reakcji na hamulec, nawet w trudnych warunkach. Firma i miasto zamawia dużo nowych pojazdów, więc powoli się to zmienia.

W kwestii absurdów? Generalnie, na większości tras nie da rady wyrobić „czasówki” bez przekraczania prędkości. Wtedy w przypadku np. wykolejenia spowodowanego przez nadmierną prędkość winą obarcza się motorniczego. Miasto nie płaci MPK za kursy, które są o jakieś tam ramy czasowe opóźnione, żeby było ciekawiej. Jest w naszym mieście kilka takich skrzyżowań, których jadąc przepisowo nie jesteś w stanie opuścić tak, żeby nie spowodować zatoru, korków. Z jednej strony przepisy ruchu drogowego, z drugiej wewnętrzne MPK.

Na przykład na Rondzie Reagana na pl. Grunwaldzkim cykle świateł są takie, że żeby przejechać skrzyżowanie na zielonym świetle, trzeba jechać 31 km/h. Nasz wewnętrzny regulamin z kolei mówi jasno, że przejazd przez te konkretne miejsce może się odbywać do 15 km/h. I co teraz zrobić? Albo nie zdążyć i zablokować cały wielki węzeł komunikacyjny miasta, albo zaryzykować wykolejenie jadąc przez krzyżownice ze zbyt dużą prędkością. Tego typu rzeczy…

Czyli stan torowisk rzeczywiście jest tak zły? Skąd biorą się tak częste wykolejenia?

Tak jak wspomniałem wcześniej. Możliwe, że motorniczy jechał paradoksalnie zbyt szybko stosując się do przepisów ruchu drogowego, jadąc z taką prędkością, żeby opuścić skrzyżowanie zanim je zablokuje. Ale nie do regulaminu MPK, bo jechał za szybko. Oczywiście kodeks drogowy jest nad wewnętrznymi przepisami, ale wtedy wykolejenie jest naszą winą i kiedy firma chce wyciągnąć konsekwencje, taka sprawa kończy się w sądzie, bo jedne przepisy wykluczają drugie. Ja się nigdy nie wykoleiłem, ale aktualnie… Jesteśmy światowym liderem pod tym kątem. Na ten moment, mamy między 90 – 100 wykolejeń od początku roku. Średnio, to wychodzi co trz dni. To bardzo dużo.  Część powodów to torowiska, część to zbyt szybka jazda… Różnie…

Kiedy tramwaj się spóźnia, gdzie może leżeć przyczyna?

Generalnie przejazd jest punktualny, jeśli od planowanej godziny pojazd nie spóźnia się bardziej, niż 3 minuty. Jeśli ten czas zostanie przekroczony, MPK nie dostaje od miasta za taki kurs pieniędzy. Podobnie, jeśli tramwaj przyjedzie na przystanek szybciej, w dalszą trasę może ruszyć maksymalnie minutę szybciej, niż jest to napisane w rozkładzie. A przyczyny są różne: awarie, korki, pasażerowie. Często w godzinach szczytu nie jestem w stanie odjechać z przystanku na właściwym cyklu świateł, bo po prostu ludzie dłużej wsiadają i wysiadają z pojazdu.

Ludzie często mówią, że motorniczy odjeżdża zamykając im drzwi przed nosem. Mam wrażenie, że powodem nie jest złośliwość. O co chodzi?  Jakich jeszcze rzeczy postronny obserwator może z Twojej pracy nie zrozumieć?

To pasażer powinien czekać na tramwaj, nie odwrotnie. Niestety, ale czekając na jednego pasażera tracą inni. Kiedy tylko mogę, oczywiście otworzę zamknięte już drzwi. Jednak nie w sytuacji, kiedy musiałbym przegapić cykl świateł i pozostali ludzie nie byliby na miejscu o czasie.  Na Grunwaldzkim to są dwie minuty, więc jak się nie „wstrzelisz” to potem cokolwiek wyskoczy na trasie, czy przed ciebie z tego powodu wjedzie inny tramwaj i będzie obsługiwał pojedynczy przystanek i kurs będzie już sporo spóźniony.

Dziękując za rozmowę mam prośbę: gdybyś mógł wystosować z tego miejsca jakiś apel, komunikat, prośbę do pasażerów, co powiedziałbyś?

Bądźcie uważni, bądźcie bezpieczni… Weryfikujcie sygnały świetlne, znaki drogowe. Po prostu uważajcie, zwłaszcza teraz, kiedy nadchodzą ciemne i zimne dni.

 

Rozmawiał: Maciej Fedorczuk

Już po przebudzeniu! Śląsk zatopi Arkę?

Poprzedni artykuł

Kilka porcji amfy – krok od nieodwracalnego nieszczęścia

Następny artykuł

Zainteresuje Cię także:

Komentarze

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.