Legia-Śląsk: Trwają prace nad zmianą przepisów o „szpiegostwie treningowym”!

Fot. Śląsk Wrocław

Trener-analityk Legii Warszawa Dominik Ciarkowski został zauważony podczas środowego treningu Śląska Wrocław, kiedy z miejsca znajdującego się poza boiskiem obserwował zajęcia i według moich ustaleń nagrywał je telefonem. Do zdarzenia doszło zaledwie dwa dni przed meczem obu zespołów. Legia nie chce sprawy komentować, Śląsk nie złożył dotąd formalnego wniosku, a Komisja Ligi przyznaje, że polskie przepisy za rozwojem podobnych praktyk zwyczajnie nie nadążają. To może się jednak zmienić.

W tym artykule przeczytasz:
  • O pracach Komisji Ligi nad regulacjami dotyczącymi „szpiegostwa treningowego”.
  • Jakie jest stanowisko Legii Warszawa w sprawie zachowania swojego analityka.
  • O przykładzie Southampton i konsekwencjach podobnych praktyk w Anglii.

W piątek o godz. 20:30 Legia Warszawa podejmie przy Łazienkowskiej Śląsk Wrocław w meczu 6. kolejki PKO BP Ekstraklasy. Spotkanie będzie miało jednak dodatkowy kontekst, który pojawił się w środę podczas jednego z ostatnich treningów wrocławian przed wyjazdem do stolicy.

Analityk Legii z telefonem na treningu Śląska

Według moich informacji zajęcia Śląska na boisku bocznym przy ulicy Oporowskiej obserwował Dominik Ciarkowski, trener-analityk znajdujący się w oficjalnym sztabie pierwszego zespołu Legii Warszawa. Stołeczny klub potwierdza na swojej stronie, że przed sezonem 2026/27 Ciarkowski przeszedł do sztabu pierwszej drużyny z Akademii Legii.

Ciarkowski znajdował się w miejscu, z którego widoczny był przebieg treningu. Miał nie tylko obserwować zajęcia, ale również rejestrować je telefonem. Jego zachowanie zwróciło uwagę sztabu szkoleniowego Śląska. Jeden z trenerów Wrocławian podszedł do analityka Legii i zapytał, co robi w tym miejscu. Chwilę później Ciarkowski się oddalił.

Sam Śląsk odniósł się później do sytuacji w mediach społecznościowych w charakterystyczny sposób, zapraszając kibiców na kolejny, tym razem oficjalnie otwarty trening. Informacja o zdarzeniu szybko przedostała się również do ogólnopolskich mediów.

Pozostawało jednak znacznie ważniejsze pytanie. Czy takie działanie jest w Polsce zabronione?

Tutaj zaczyna się najciekawsza część całej historii.

Komisja Ligi Śląsk Wrocław Legia Warszawa
Fot. Piotr Potępa.
Legia: „Nie komentujemy tej sytuacji”

O komentarz zwróciłem się do właściciela Legii Warszawa Dariusza Mioduskiego. Ten skierował mnie do Pawła Gołaszewskiego, dyrektora komunikacji stołecznego klubu.

Do Legii wysłałem szczegółowe pytania. Chciałem wiedzieć między innymi, czy Ciarkowski działał z własnej inicjatywy, czy o jego obecności wiedzieli członkowie sztabu szkoleniowego, jaki był cel obserwowania treningu, czy wykonane materiały zostały komukolwiek przekazane oraz czy mogły zostać wykorzystane podczas przygotowań do spotkania ze Śląskiem.

Legia nie zdecydowała się odpowiedzieć na żadne z nich.

– Nie komentujemy tej sytuacji – krótko przekazał mi Paweł Gołaszewski.

Nie jest to oczywiście ani potwierdzenie, ani zaprzeczenie wersji wydarzeń przedstawianej przez Śląsk. Klub miał możliwość odniesienia się do konkretnych pytań dotyczących zachowania swojego pracownika i zdecydował, że z tej możliwości nie skorzysta. To wydaje się dość wymowne.

Komisja Ligi: dzisiaj nie ma przepisu o „szpiegostwie treningowym”

Znacznie szerzej odpowiedziała Komisja Ligi. Jej przewodniczący Jarosław Poturnicki potwierdził przede wszystkim, że do organu nie wpłynęło dotychczas formalne zgłoszenie Śląska Wrocław.

– Do Komisji Ligi nie wpłynął żaden wniosek klubu Śląsk Wrocław, który mógłby być podstawą wszczęcia postępowania wyjaśniającego. Przepisy związkowe przewidują sankcje za naruszenie norm etyczno-moralnych, jednakże Regulamin Dyscyplinarny PZPN obecnie nie zawiera żadnego szczególnego przepisu, który odnosiłby się do takiego działania – przekazał mi przewodniczący Komisji Ligi.

To niezwykle istotne rozróżnienie.

W Polsce nie obowiązuje dzisiaj przepis, który wprost mówiłby o tym, że klubowi lub jego pracownikowi nie wolno obserwować czy nagrywać treningu przeciwnika w określonym czasie przed bezpośrednim meczem.

Nie oznacza to jednak, że regulaminy pozostawiają zupełną próżnię. Art. 110 Regulaminu Dyscyplinarnego PZPN przewiduje możliwość karania za rażące naruszenie norm etyczno-moralnych obowiązujących w piłce nożnej. W przypadku klubu może chodzić między innymi o karę finansową, a w skrajnych przypadkach także sankcje dotyczące licencji. Przepis ma jednak charakter ogólny i może znaleźć zastosowanie dopiero wtedy, gdy naruszenie jest rażące oraz nie da się go zakwalifikować na podstawie bardziej szczegółowej regulacji.

W regulacjach dotyczących Ekstraklasy znajduje się również ogólny obowiązek przestrzegania zasad fair play. Problem polega właśnie na tym, że między hasłem „fair play” a konkretnym zakazem obserwowania treningu rywala znajduje się duża przestrzeń interpretacyjna.

Dlatego na obecnym etapie stwierdzenie, że pracownik Legii złamał konkretny przepis zabraniający szpiegowania treningu, byłoby nieprawdziwe. Takiego przepisu w Polsce po prostu nie ma.

Przepisy mogą się jednak zmienić

Tutaj odpowiedź Komisji Ligi robi się szczególnie ciekawa. Sprawa nie kończy się bowiem na stwierdzeniu, że obecny regulamin milczy.

– Widzimy jednak, że technika nieustannie się rozwija, a wraz z nią pojawiają się nowe sposoby działania i zachowania, których skutki będą wymagać odpowiedniego uregulowania – zaznacza Jarosław Poturnicki.

Co więcej, prace nad regulaminem już trwają.

– W organach jurysdykcyjnych trwają właśnie prace nad analizą i ewentualną aktualizacją Regulaminu Dyscyplinarnego i kwestię odrębnej regulacji „szpiegostwa treningowego” zapewne będziemy omawiać. Ostateczna decyzja w tej sprawie będzie zależeć od Związku – informuje przewodniczący Komisji Ligi.

To może być najważniejszy skutek całej historii. Niezależnie od tego, czy środowe zachowanie Ciarkowskiego zakończy się jakimikolwiek konsekwencjami – na tę chwilę nic na to nie wskazuje – podobne zdarzenia mogą doprowadzić do pojawienia się w polskiej piłce przepisu, którego obecnie brakuje.

Publiczna alejka to nie włamanie do ośrodka

Poturnicki zwraca jednocześnie uwagę na kwestię, której nie wolno w tej sprawie pomijać.

Nie każda próba obserwowania treningu jest bowiem identyczna.

– Czym innym jest faktyczne, nieuprawnione wejście lub wręcz włamanie do ośrodka treningowego, a czym innym sytuacja, gdy treningi odbywają się w miejscu, w którym ich przebieg jest dostępny i widoczny dla osób postronnych – podkreśla szef Komisji Ligi.

To może mieć kluczowe znaczenie również w przypadku Śląska.

Jeśli ktoś forsuje bramę zamkniętego ośrodka, wchodzi na prywatny teren albo wykorzystuje środki techniczne po to, by zobaczyć rzeczy, których z zewnątrz zobaczyć nie powinien, sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż wtedy, gdy stoi w miejscu ogólnodostępnym i obserwuje boisko widoczne z przestrzeni publicznej.

Problem zaczyna się wtedy, gdy do zwykłego patrzenia dochodzi celowe rejestrowanie treningu najbliższego przeciwnika, próba zdobywania szczegółów taktycznych i późniejsze wykorzystanie tak pozyskanych materiałów.

Dlatego – jak zaznacza Poturnicki – ewentualne nowe przepisy powinny brać pod uwagę okoliczności, czas i sposób pozyskania informacji.

Stadion Oporowska Wrocław.
Fot. Śląsk Wrocław.
Anglicy też kiedyś nie mieli konkretnego przepisu

Historia zna już niemal identyczną dyskusję.

W styczniu 2019 roku członek sztabu Leeds United Marcelo Bielsy został zauważony podczas obserwowania treningu Derby County. Bielsa nie próbował później udawać, że nic się nie wydarzyło. Przyznał wręcz publicznie, że jego ludzie obserwowali treningi wszystkich ligowych przeciwników. Leeds zostało ukarane przez EFL grzywną w wysokości 200 tysięcy funtów.

Co charakterystyczne, w tamtym momencie także nie istniał jeszcze szczegółowy przepis zabraniający takiego działania. EFL sięgnęła więc po ogólną regulację nakazującą klubom postępowanie wobec siebie w „najwyższej dobrej wierze”.

Dopiero po aferze Leeds angielskie władze zdecydowały się stworzyć konkretną normę zabraniającą obserwowania treningu przeciwnika w ciągu 72 godzin przed bezpośrednim spotkaniem.

Brzmi znajomo?

Siedem lat później okazało się, jak duże znaczenie może mieć stworzenie tak precyzyjnego przepisu.

Southampton zapłaciło za szpiegowanie barażami o Premier League

W maju tego roku wybuchła w Anglii kolejna „Spygate”. Tym razem jej bohaterem było Southampton.

Klub przyznał się do obserwowania treningów trzech rywali – Oxford United, Ipswich Town i Middlesbrough – w okresie 72 godzin przed meczami. W przypadku Middlesbrough pracownik Southampton miał filmować przygotowania zespołu na dwa dni przed pierwszym półfinałem barażowym o awans do Premier League.

Różnica w stosunku do obecnej sytuacji w Polsce była fundamentalna, bo EFL miała już dokładny przepis.

Southampton przyznało się do złamania dwóch regulacji. Obowiązku działania wobec pozostałych klubów w najwyższej dobrej wierze oraz przepisu zakazującego obserwowania albo próby obserwowania treningu przeciwnika w ciągu 72 godzin przed spotkaniem.

Kara była drakońska.

Southampton, które pokonało Middlesbrough w półfinale, zostało wyrzucone z baraży, a jego miejsce w finale zajął właśnie Middlesbrough. Dodatkowo klub otrzymał karę czterech ujemnych punktów na kolejny sezon. Odwołanie zostało odrzucone.

Później opublikowano jeszcze bardziej obciążające ustalenia komisji. Wynikało z nich, że obserwowanie rywali nie było samowolnym wybrykiem pojedynczego analityka. Proceder miał być zatwierdzony przez szkoleniowca Southampton Tondę Eckerta i został przez komisję określony jako zaplanowane działanie „odgórne”.

Dlatego porównywanie obu przypadków jeden do jednego byłoby przesadą. W Anglii mieliśmy kilka zdarzeń, działanie systemowe, jednoznaczny przepis oraz przyznanie się klubu do jego naruszenia. W przypadku Legii na dziś wiemy jedynie o jednym incydencie, klub odmawia komentarza, a polskiego odpowiednika angielskiej regulacji nie ma.

Southampton pokazuje jednak, dlaczego warto taki przepis stworzyć.

W tle Papszun i wcześniejsza „afera dronowa”

Historia ma jeszcze jeden ciekawy kontekst. Dzisiejsza Legia Marka Papszuna przywiązuje ogromną wagę do analizy przeciwnika. Artur Węska, pierwszy asystent szkoleniowca, mówił niedawno w TVP Sport, że szef analiz Łukasz Cebula odpowiada za rozpracowanie rywali, a Dominik Ciarkowski zajmuje się analizą techniczną. Na treningach Legii specjalnie odtwarzany jest sposób gry kolejnego przeciwnika. Samo w sobie jest to oczywiście normalny element profesjonalnego futbolu.

Jeszcze w czasach Rakowa sztaby Papszuna słynęły z bardzo szczegółowego przygotowania pod konkretnego przeciwnika. Byli zawodnicy wspominali po latach, że trener już w niższych ligach jeździł oglądać mecze kolejnych rywali i podporządkowywał im późniejsze przygotowania.

Była jednak również sytuacja znacznie bardziej kontrowersyjna.

We wrześniu 2024 roku ówczesny trener Legii Gonçalo Feio publicznie oskarżył Raków Częstochowa o podglądanie treningu stołecznej drużyny przy użyciu drona. Mówił wówczas, że nagrywanie treningów przeciwnika „nie jest w porządku”. Raków zarzutom zaprzeczył, a jego ówczesny prezes Piotr Obidziński nazwał słowa Feio prowokacją. Nigdy nie przedstawiono publicznie dowodów pozwalających uznać, że Raków rzeczywiście dopuścił się wówczas takiego działania.

Dlatego nie można dziś budować tezy, że zachowanie zauważone we Wrocławiu jest elementem jakiegoś udowodnionego „systemu Papszuna”. Można natomiast zauważyć, że po raz kolejny w otoczeniu zespołu prowadzonego przez tego szkoleniowca pojawia się dyskusja o granicach dopuszczalnego rozpoznania rywala.

Gdzie kończy się analiza, a zaczyna szpiegowanie?

Właśnie to pytanie pozostaje po całej historii najważniejsze.

Profesjonalny futbol od dawna opiera się na informacjach. Kluby analizują wszystkie mecze przeciwnika, ustawienie przy stałych fragmentach gry, schematy pressingu, zachowania poszczególnych zawodników. Korzystają z dziesiątek kamer, danych statystycznych i wyspecjalizowanych platform.

Nikt nie oczekuje, że przed meczem rywale będą dobrowolnie zasłaniać sobie oczy.

Istnieje jednak różnica pomiędzy analizowaniem materiałów dostępnych wszystkim a celowym pojawieniem się na treningu najbliższego przeciwnika i rejestrowaniem rzeczy, które mają pozostać elementem jego przygotowań.

Anglicy tę granicę po aferze Bielsy narysowali bardzo wyraźnie. 72 godziny przed meczem trening przeciwnika jest poza zasięgiem.

Polska takiej granicy jeszcze nie ma. Po wydarzeniach z tego tygodnia wiemy już jednak, że temat trafi na stół ludzi odpowiedzialnych za regulaminy.

Być może właśnie to będzie najważniejszym następstwem człowieka z telefonem zauważonego kilkadziesiąt godzin przed meczem Legii ze Śląskiem. Ten mecz już 28 sierpnia o godzinie 20:30 na stadionie przy Łazienkowskiej w Warszawie.

Show Comments (0) Hide Comments (0)
guest

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów

Dołącz do newslettera!

Co słychać we Wrocławiu? Sprawdź pierwszy. Nie przegap tego, o czym mówi miasto

Zapisując się, akceptujesz nasz Regulamin oraz Politykę prywatności. Twoje dane będą przetwarzane wyłącznie w celu wysyłki newslettera.