W tym tygodniu mamy prawdziwą kaloryczną kumulację. W poniedziałek świętowaliśmy Międzynarodowy Dzień Pizzy, a dziś Tłusty Czwartek. Brzmi jak przepis na dietetyczną katastrofę. O zdanie pytamy dietetyka klinicznego Monikę Maćków, która w rozmowie z Markiem Zoellnerem zdradziła również, czy sama stanie w kolejce po pączki.
– Marek Zoellner: Po poniedziałkowym święcie miłośników pizzy dziś znów dobra okazja, żeby sięgnąć po niezdrowe pyszności. Dla wielu to jednak dzień dietetycznej grozy. Czy jeden pączek rzeczywiście może zniszczyć efekty naszej pracy nad sylwetką?
– Monika Maćków, dietetyk kliniczny: Uspokajam, jeden dzień, w którym zjemy pączka, faworka czy inne smażone pyszności, nie sprawi, że nagle przytyjemy. Jeśli następnego dnia wrócimy do zdrowej diety i aktywności fizycznej, to w skali całego tygodnia bilans wyjdzie na zero. Ważny jest jednak umiar – nie ze względu na wagę, a na samopoczucie. Zbyt duża ilość ciężkostrawnych rzeczy może skończyć się bólami w przewodzie pokarmowym.
– A co, jeśli Tłusty Czwartek zbiega się z innymi okazjami, np. dniem pizzy? Czy pizza to zawsze „zły” posiłek?
– Wcale nie musi tak być! Pizzę można „odczarować”. Jeśli wybierzemy dobrej jakości składniki – chudą wędlinę, ser typu mozzarella light i dorzucimy do tego dużą ilość warzyw, np. w formie sałatki obok – otrzymamy całkiem nieźle zbilansowany posiłek. Ważna jest ilość. Zjedzenie jednego lub dwóch kawałków domowej pizzy z dużą ilością dodatków roślinnych to żadne przestępstwo.
– Wróćmy do pączków. Rekordziści chwalą się zjedzeniem 10 pączków. To nawet 4500 kalorii. Czy to się po prostu „rozchodzi” w organizmie?
– Rzeczywiście, jeden pączek ma od 300 do nawet 450 kcal, jeśli jest bogato zdobiony, np. pistacjami czy czekoladą. Przy 10 mamy już porcję kalorii dla wyczynowego sportowca. Czy to się samo “rozejdzie”? Nie do końca. Taka dawka cukru i tłuszczu to ogromne obciążenie. Może pojawić się zgaga, bóle żołądka, ogólne rozbicie. Choć te 4000 kalorii nie zamieni się w tkankę tłuszczową w jedną noc, to jednak odradzam takie eksperymenty. Nasz organizm, zwłaszcza jeśli nie jesteśmy sportowcami w ciężkim treningu, po prostu nie potrzebuje takiego szoku.

– Po karnawale zaczyna się Wielki Post. Wiele osób planuje wtedy drastyczne detoksy, by „oczyścić się” po obżarstwie. To dobry plan?
– Drastyczne posty i diety o bardzo niskiej kaloryczności drastycznie spowalniają metabolizm. Gdy po takim poście wrócimy do normalnego jedzenia, organizm zacznie magazynować wszystko w obawie przed kolejnym „głodem”. To prosta droga do efektu jojo. Dodatkowo takie skoki – od obżarstwa do głodówki – są bardzo niebezpieczne dla osób z cukrzycą czy problemami z glikemią. Kluczem jest balans, a nie skrajności.
– A jak my, Dolnoślązacy, Wrocławianie w ogóle jemy? Widzi Pani jakąś poprawę w naszych nawykach żywieniowych?
– Tak, świadomość rośnie. Na Dolnym Śląsku widzimy dynamiczny rozwój kuchni roślinnej. Coraz częściej wybieramy chude mięsa zamiast tłustych, jemy więcej warzyw, choć wciąż za mało. Cieszy mnie popularność produktów, które kiedyś były egzotyką, jak hummus. To pokazuje, że „dieta planetarna”, oparta na nasionach roślin strączkowych i innych produktach roślinnych, na przykład napojach, powoli wchodzi nam w krew.
– Czy Pani jako dietetyk zje dzisiaj pączka?
– Oczywiście! Dietetyk to też człowiek. Zjem pączka albo faworki, bo tradycja jest ważna. Mam jednak swoje triki – czasem przygotowuję pączki pieczone, które są lżejszą alternatywą dla tych smażonych w głębokim tłuszczu. Dystans i umiar to podstawa.
Mgr Monika Maćków – Asystent z Katedry Żywienia Człowieka Uniwersytetu Przyrodniczego oraz dietetyk kliniczny w Poradni Chirurgii Onkologicznej Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu przy ulicy Kamieńskiego.


