Wioślarski wicemistrz olimpijski, radny, działacz społeczny i wiceprezes Aquaparku Wrocław – w szczerej rozmowie. Dlaczego sukcesy synów budzą większe emocje niż jego własny finał w Pekinie? Co najbardziej mierzi go w lokalnych układach i dlaczego uważa, że gra zespołowa to jedyna droga do sukcesu? – Drużyna musi być jak pięść, nie do rozerwania, a w polityce za dużo jest ludzi bez kręgosłupa moralnego – mówi Paweł Rańda w rozmowie z redaktorem Markiem Zoellnerem.
– Marek Zoellner: Jakie to uczucie widzieć nazwisko Rańda na szczycie tabeli wyników i wiedzieć, że nie chodzi już o pana?
– Paweł Rańda: Duma jest większa od tej, którą czułem odbierając własne medale.
– Czy podczas startu syna stres był większy, niż na igrzyskach w 2008 roku?
– Zawsze gorzej jest temu, co nie startuje. Zawodnik zostawia nerwy na starcie. Taka jest konsekwencja. Nawet gdy byłem trenerem na Politechnice Wrocławskiej, to bardziej się stresowałem startem mojej ósemki, niż gdy sam wiosłowałem. Bo człowiek zna swoje możliwości. Wie trochę – po różnego rodzaju doświadczeniach – gdzie „przyklęknie”, gdzie jest ciężko, z kim trzeba powalczyć. A tutaj przekazuje się to zawodnikowi. Teraz moim synom, Michałowi czy Jankowi, ale to są młodzi zawodnicy. Nie zawsze zrobią to, co się im mówi, bo najtrudniejszym przeciwnikiem jest własny organizm. On podpowiada, żeby się zatrzymać w momencie, kiedy zaczyna wszystko boleć i piec. To jest pierwszy sygnał z mózgu: „zatrzymaj się, bo jest za ciężko”. Przeciwnicy to jest inna kwestia.
– No właśnie, drugi syn Pawła Rańdy, Jan, też już się mocno pcha do elit. Czy między braćmi jest zdrowa rywalizacja, czy raczej sportowa zazdrość o to, kto będzie szybszy?
– Młodszy Janek trafił do wioseł, patrząc na starszego Michała. I tu Michał jest wzorem do naśladowania, a nie rywalem. Janek jest zapatrzony w brata. Wzoruje się na nim, bo moich startów nie pamięta. Ja jestem recenzentem. Nie chcę podważać autorytetu trenera. Jeśli jest taka wola, żebym popatrzył, poszedł na trening, to oczywiście robię to z największą przyjemnością. Jestem dość wymagający co do techniki wiosłowania. Jeśli chodzi o wychowanie – czy to na dobrego sportowca, czy dziecka na ludzi – dla mnie najważniejsza jest konsekwencja. Jeżeli dziecko widzi granice i są one konsekwentnie wyznaczane i dotrzymywane, to później wyrasta na dobrego człowieka. Tak uważam i na razie z przyjemnością słucham, jak sąsiedzi czy znajomi mówią, że dobrze mi poszło z wychowaniem. Mam nadzieję, że żaden z synów tego nie zepsuje.
– Czy takie same zasady przyjął pan w swojej działalności politycznej i samorządowej? Jak to jest w polityce, zwłaszcza tej lokalnej? Łatwo jest znaleźć ludzi wiosłujących w tym samym tempie, czy raczej każdy “ciśnie” w inną stronę?
– W polityce za dużo jest ludzi, którzy nie mają kręgosłupa moralnego. To jest największy problem. Zwłaszcza w tej ogólnopolskiej, ale wiadomo, że ona dotyka też tej regionalnej i wrocławskiej. Niemniej jednak, jeśli jest się w środowisku, które jest zbiorem zamkniętym – czy to Koalicja Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, czy inne – to ja właśnie patrzę na to po sportowemu. Zawsze tak patrzyłem, bo polityka to jest jednak sztuka negocjacji.
Druga kwestia: w polityce spieramy się po to, żeby dojść do kompromisu, a nie żeby kogoś obrazić. A dzisiaj to wygląda tak, że ludzie przede wszystkim się obrażają. Zamiast szukać konsensusu. W efekcie narastają konflikty bardziej personalne niż merytoryczne.
Stworzenie czwórki, ósemki wioślarzy czy drużyny politycznej to jest to samo. To tworzenie relacji w zespole na zasadach partnerskich. W moich osadach każdy miał jeden cel. Byliśmy różni, każdy miał inny temperament. Z jednym trzeba było tak rozmawiać, z drugim inaczej, czasem zrobić krok w tył, żeby dać człowiekowi przestrzeń, by dalej chciał dawać z siebie wszystko. Nie można narzucać. Oczywiście w wychowaniu czasem trzeba pewne rzeczy narzucić z powodu braku doświadczenia u młodych. Ale po to mamy tych doświadczonych, by brać z nich przykład.
Potem znając ludzi w zespole, buduje się taką drużynę na lata. Taka drużyna jest jak z „Czterech pancernych”, jak pięść. Jest nie do rozerwania. Nie ma znaczenia, czy ktoś przyjdzie z lewej czy z prawej i powie: „Dam ci sto złotych więcej, chodź do mnie”. Nie, bo tu ważne są wartości, które budujemy. Jak pływałem w czwórce, to wiedziałem, że za moimi plecami są ludzie, którzy nie odpuszczą ani jednego chwytu. Wiedziałem, że jak u mnie przychodzi zmęczenie, to u nich też, ale każdy będzie walczył do końca. Nie musiałem myśleć: „A może ten osłabł i dlatego jest mi ciężej”. Nigdy nie miałem takiej myśli. Tak widzę budowanie zespołu w polityce. Jest to trudniejsze i bardziej mozolne, ale to jest właśnie budowanie politycznego know-how i drużyny, która jest nie do pokonania w rozwiązywaniu problemów.
– A co najbardziej irytuje dziś na politycznej scenie?
– To, że często rządzi się ona hejtem i pomówieniami. Że globalnie pojawiają się fake newsy, które napędzają ludzi. Z tym trzeba walczyć. Ale nie sztuką jest wejść w swoje środowisko i przekonywać już przekonanych.
Pamiętam czasy, w których nie było problemu z dogadaniem się dla Wrocławia czy dzielnicy. Dzisiaj często jeden z drugim porozmawia i już okrzykuje się go zdrajcą, bo ktoś z Koalicji rozmawiał z kimś z PiS-u. Dlatego właśnie to jest polityka – trzeba rozmawiać ze wszystkimi, żeby osiągnąć cel. Czy to Rada Miejska, Sejmik, czy wybory szefa regionu.
– Wspomina pan o wyborach regionalnych w KO. Ma pan swojego czarnego konia?
– Nie, na razie to są spekulacje. Nie mogę powiedzieć, na kogo bym postawił, dopóki nie będę miał przed sobą kandydatów. Za dużo jest plotek. Jak ktoś puszcza za dużo plotek przed czasem, to tylko działa na jego niekorzyść. O nazwiskach możemy porozmawiać, jak będą już zgłoszeni kandydaci.
Ostatnio na jednym z wrocławskich portali czytałem, jak youtuber wypowiadał się na temat przebiegu trasy A4. Pytanie, czy ten youtuber jest w ogóle wykształcony w tym temacie? To, że ktoś nagrywa wioślarstwo z góry, ale nigdy nie wiosłował, a tylko wsiadł na motorówkę, nie robi z niego eksperta. Żyjemy w świecie youtuberów, którzy nie znają dogłębnie problemu, a zaczynają się wymądrzać. Nie chciałbym spekulować.
Najważniejsze jest podjęcie decyzji, bo jak się stoi w rozkroku na barykadzie, to zawsze cię z którejś strony „kamień strąci”. Trzeba się opowiedzieć.
– To na koniec taki dylemat: Gdyby trzeba było wybrać – złoty medal olimpijski dla syna Michała czy wielki, spektakularny sukces pana projektu politycznego dla Wrocławia i regionu? Co wybierze Paweł Rańda?
– To nie jest trudny wybór. Oczywiście, że złoty medal olimpijski! A projekt będzie i tak obudowany ludźmi. Tak jak mówiłem: jeśli chcesz iść daleko, idź w drużynie. W każdej dziedzinie życia indywidualiści nie zrobią tyle, co zgrana drużyna. Stare afrykańskie przysłowie mówi: „Chcesz iść szybko, idź sam; chcesz iść daleko, idź w drużynie”. I to jest właśnie to.


