Futboholik Cup zaczynał jako piłkarska inicjatywa ludzi, którzy chcieli zrobić coś dobrego. Dziś jest jednym z najbardziej charakterystycznych oddolnych turniejów charytatywnych we Wrocławiu. Po pięciu edycjach, ponad 250 tysiącach złotych zebranych na pomoc potrzebującym i coraz większym zainteresowaniu drużyn, organizatorzy nie mówią jednak o profesjonalizacji za wszelką cenę. Najważniejsze jest coś innego. Ten turniej ma pozostać tym, czym jest od samego początku.
- Czym jest Futboholik Cup i jak oddolny turniej wyrósł na jedną z ciekawszych imprez.
- Dlaczego dla organizatorów najważniejszy nie jest wyłącznie sportowy wynik.
- Jak Michał Mączka i Mateusz Rył opowiadają o kulisach organizacji turnieju.
Futboholik Cup trudno opisać jednym zdaniem. Z jednej strony to turniej piłkarski. Są drużyny, mecze, rywalizacja, zwycięzcy, puchary i sportowe ambicje. Z drugiej to wydarzenie charytatywne, którego sens wykracza daleko poza wynik finału. Jest też trzecia strona, czyli spotkanie środowiska ludzi, którzy często znali się wcześniej głównie z Internetu, niższych lig, piłkarskiego X, koszulek, stadionowych historii i wspólnej zajawki.
Właśnie ta wielowarstwowość jest jedną z najważniejszych cech turnieju. Michał Mączka, jeden z organizatorów Futboholik Cup, zwraca uwagę, że od początku nie chodziło o stworzenie wydarzenia dla jednej konkretnej grupy.
– Jedni przyjeżdżają tu wygrać sportowe zawody, inni pomóc, a jeszcze inni po prostu się zabawić. Każdy ma rację, a nikt nikomu w powody nie zagląda. Mnie ten turniej mentalnie przenosi w inną czasoprzestrzeń – mówi Mączka.
To zdanie dobrze tłumaczy fenomen Futboholik Cup. Choć pretekstem jest piłka, to wydarzenie żyje przede wszystkim dzięki ludziom. Tym, którzy grają i pomagają. Licytującym i uczestnikom z drugiego końca Polski. Również tym którzy po pierwszym udziale wracają w kolejnych latach.
Wymyślić pomoc to jedno. Dowieźć ją to już zupełnie inne wyzwanie
Wiele akcji charytatywnych zaczyna się od impulsu. Ktoś słyszy o trudnej historii, chce zareagować, rzuca pomysł, znajduje kilku chętnych. Na początku wystarczą emocje i dobre intencje. Problem pojawia się później, gdy trzeba przejść od hasła „pomóżmy” do realnego działania.
Futboholik Cup przez lata stał się właśnie przykładem tego, że sama idea nie wystarcza. Trzeba ją jeszcze konsekwentnie dowieźć.
– Wymyślenie pomocy często jest impulsem. Dzieje się coś złego, więc jest reakcja, pomysł i przejście do fazy „dowożenia”. Na tym etapie często zdarza się szybka rezygnacja, szczególnie gdy okazuje się, że tak jak w naszym przypadku organizacja turnieju piłkarskiego wymaga ułożenia wielu puzzli – tłumaczy Mateusz Rył, drugi z organizatorów.
Rył podkreśla, że do samego wymyślenia pomocy potrzeba przede wszystkim dobrego serca. Ale jej realizacja wymaga już zupełnie innych cech. Dyscypliny, upartości, sprytu, improwizacji i autentyczności.
– Od samego początku z Michałem nie udawaliśmy nikogo. Byliśmy maksymalnie autentyczni, niejednokrotnie odkrywaliśmy kulisy procesu. Setki ludzi nam zaufało i dzięki temu jesteśmy po raz szósty gotowi do pomocy – dodaje.
To ważny fragment tej historii. Futboholik Cup nie urósł dlatego, że ktoś stworzył chłodny projekt marketingowy tylko dlatego, że ludzie uwierzyli innym ludziom.

Organizacja, czyli fortepian niesiony we dwóch
Z zewnątrz taki turniej może wyglądać prosto. Wystarczy zebrać drużyny, rozpisać terminarz, zapewnić boiska i zagrać. W praktyce każdy kolejny rok oznacza więcej elementów. Partnerów, sponsorów, logistykę, atrakcje, komunikację, licytacje, obsługę dnia turniejowego, a przede wszystkim kontakt z osobami, którym wydarzenie ma pomóc.
Mateusz Rył przyznaje, że w dużej mierze przekłada na organizację turnieju to, czym zajmuje się zawodowo, czyli logistykę. Jednak przy Futboholik Cup trudno wyznaczyć jedną zamkniętą działkę odpowiedzialności.
– Z każdym rokiem dokładamy nowe elementy, by ludzie chcieli spędzić czerwcowy weekend z nami, więc liczba zadań wzrasta. Proces nadzorujemy głównie we dwóch, oczywiście z wielką pomocą fantastycznych ludzi, więc nie ma rzeczy, których się nie podejmiemy. Wszystko, co dzieje się w dniu turniejowym, przechodzi przez moje ręce i głos, bo od pierwszej edycji prowadzę turniej od strony konferansjerskiej – mówi.
Najlepsze podsumowanie organizacyjnej relacji z Michałem Mączką Rył zamyka jednak w jednym obrazowym zdaniu:
– Wszystkie decyzje podejmujemy wspólnie i mimo odmiennych charakterów oraz temperamentów zgrywamy się z Michałem doskonale. Nosimy ten fortepian i gramy na nim ramię w ramię – podsumowuje.
To zdanie pokazuje, że Futboholik Cup jest dziś większy niż na początku, ale nadal opiera się na bardzo osobistym zaangażowaniu. Nie na strukturze dużej fundacji ani na sztabie eventowym. Raczej na ludziach, którzy przez lata nauczyli się ufać sobie i innym.
Najtrudniejsze nie zawsze jest to, co widać
Przy turnieju charytatywnym można zakładać, że największym wyzwaniem są drużyny, sponsorzy, obiekt, terminarz albo pogoda. Rzeczywiście, to wszystko ma znaczenie. Mateusz Rył wskazuje, że jednym z największych ryzyk w dniu turnieju jest właśnie pogoda, zwłaszcza że ostatnie edycje rozgrywano w wysokich temperaturach.
Ale Michał Mączka zwraca uwagę na coś mniej oczywistego. Jego zdaniem najtrudniejszym elementem bywa samo poszukiwanie osoby, której można pomóc.
– To jest dla mnie przytłaczająca wędrówka, nawet jeśli krótka, w której uświadamiam sobie, jakie szczęście spotyka ludzi zdrowych i jak los marnie potrafi potasować swoje karty. Wielki szacunek mam do ludzi, jakich na swojej drodze spotkałem i wielki respekt do ich doświadczeń. To jest nieopisywalne – mówi Mączka.
W tym fragmencie najlepiej widać różnicę między zwykłym turniejem a wydarzeniem, które ma realny cel pomocowy. Beneficjent nie jest tu dopiskiem na plakacie tylko powodem, dla którego całe przedsięwzięcie w ogóle się odbywa.
Mączka nie ukrywa też, że emocje po turnieju zostają z nim na długo.
– Uczciwie? Na drugi dzień płaczę po każdej edycji. Za duży to jest rollercoaster emocji. Od dobrych wrażeń, przez rozmyślania, czy zwykłą ulgę, że ktoś sobie nie złamał nogi, bo w końcu to sport. Jestem człowiekiem, który czuje silne przywiązanie do tego, co w życiu robi. W wychowaniu, przyjaźni, pracy, posiadaniu psa albo właśnie takim turnieju – przyznaje.
To jedna z najmocniejszych wypowiedzi, bo odbiera Futboholik Cup pozór lekkiego, jednowymiarowego wydarzenia. Za dniem pełnym piłki, śmiechu i zabawy stoi też napięcie, odpowiedzialność i zmęczenie, którego uczestnicy często nie widzą.

Po kryzysie przyszła odpowiedź ludzi
Każda oddolna inicjatywa ma moment, w którym jej twórcy muszą zadać sobie pytanie. Czy damy radę dalej? W przypadku Futboholik Cup taki moment przyszedł po poprzedniej edycji. Mateusz Rył wspomina, że organizatorzy po raz pierwszy byli naprawdę wykończeni – fizycznie i mentalnie.
– Dość głośno zapowiadaliśmy, że może być to ostatnie wydarzenie pod tym szyldem. Byliśmy pierwszy raz wykończeni i dostaliśmy srogą lekcję. Reakcja, z którą się spotkaliśmy, była wzruszająca nawet dla dorosłych facetów. Wielu ludzi zapowiedziało, że może się zaangażować i pomóc. Ludzie zaufali nam i poczuli dokładnie to, co chcieliśmy przekazywać. Popłynęli z nurtem razem z nami – opowiada Rył.
To jeden z tych momentów, które dobrze pokazują, że Futboholik Cup nie jest już wyłącznie projektem organizatorów. Stał się wydarzeniem współtworzonym przez ludzi wokół niego.
Mączka podobnie definiuje sukces. Nie tylko przez kwoty, choć te są ważne. Nie tylko przez liczbę drużyn, choć ona rośnie. Przede wszystkim przez fakt, że ludziom chce się tu być.
– Dla mnie sukcesem jest to, że ludzie chcą tu być i ten turniej wspierać, pisać o nim, nakręcać go. Jedni wracają, inni chcą dołączać i czuję, że to jest szczere. To jest przeliczalne i to bym nazwał sukcesem, że im wszystkim chce się podróżować do Wrocławia i tworzyć ten turniej wspólnie, wykładać swoją kasę i poświęcać czas – mówi.
Padają tu też konkretne nazwiska i miejsca, wobec których organizator czuje wdzięczność. Mączka wspomina m.in. Dawida Malczyńskiego czy Lipę z Pubu Wembley. W takich inicjatywach o sile wydarzenia często decydują właśnie osoby, które nie muszą pomagać, ale chcą.
Wynik sportowy jest na końcu
Futboholik Cup nie ucieka od sportowej rywalizacji. Drużyny chcą wygrywać, mecze mają emocje, a końcowa klasyfikacja jest częścią całego wydarzenia. Ale organizatorzy jasno podkreślają, że w tym turnieju sportowy wynik nigdy nie może przykryć celu.
– Wynik sportowy jest chyba na ostatnim miejscu, bo priorytetem jest pomoc potrzebującym – mówi Rył.
Jednocześnie to właśnie piłka sprawia, że turniej działa. Nie jest wyłącznie zbiórką pieniędzy ani piknikiem z dopisanym meczem. Jest rywalizacją, która przyciąga ludzi, a dopiero później otwiera ich na coś więcej.
Rył jako jeden z największych sukcesów wskazuje atmosferę.
– Na palcach jednej ręki możemy policzyć nieprzyjemne incydenty boiskowe czy pozaboiskowe, co wydaje się wręcz niemożliwe przy takiej mieszance charakterów. Z roku na rok Wrocław odwiedza więcej drużyn oraz kibiców, a ci, którzy nas odwiedzili, często wracają, dostosowując swoje plany wakacyjne pod dzień, który jest dla nas jednym z najważniejszych dni w roku – podkreśla.
W tym sensie Futboholik Cup jest turniejem, który nie próbuje udawać zawodowego futbolu. Nie chce być przesadnie gładki, sterylny i idealny. Chce być prawdziwy.

Nie stracić duszy
Najciekawsze w rozwoju Futboholik Cup jest to, że im większy staje się turniej, tym mocniej organizatorzy mówią o zachowaniu jego charakteru. Naturalna pokusa mogłaby być inna. Więcej drużyn, więcej sponsorów, większy rozmach, bardziej profesjonalna oprawa, coraz bardziej widowiskowa forma. Jednak Michał Mączka bardzo wyraźnie stawia granicę.
– Nie chcę, żeby to były igrzyska sportu. To ma być zawsze miks zabawy, piłki i pomagania – mówi.
Dodaje, że największym życzeniem jest to, aby turniej „nie stracił swojej duszy”. W tej jednej myśli mieści się właściwie cała filozofia Futboholik Cup. Profesjonalizacja może pomagać, ale nie może stać się celem samym w sobie. Turniej ma rosnąć, ale nie może zamienić się w produkt.
Dlatego Mączka, zapytany o to, jak zaprosiłby nową drużynę, odpowiada bez wielkich haseł promocyjnych:
– Liczy się wnętrze. My nigdy nie stworzymy superprofesjonalnego turnieju, z dbałością o każdy detal, gwizdami i grą na stadionie miejskim. Wolimy być swojscy i staniemy z Mateuszem na głowie, by każdy, kto tu wpadnie, poczuł się jak na piwku z dobrym kumplem, a nie na sali operowej.
To być może najlepsza definicja Futboholik Cup. Nie turniej idealny ani też wielki czy wypolerowany. Za to taki, który ma być szczery, swój i potrzebny.
Futboholik Cup IRL
Po pięciu edycjach i ponad 250 tysiącach złotych zebranych na cele charytatywne Futboholik Cup wchodzi w kolejny etap. Następna odsłona ma być większa, bardziej rozbudowana i jeszcze mocniej osadzona w świadomości piłkarskiego środowiska. Kiedy słucha się organizatorów, trudno oprzeć się wrażeniu, że prawdziwa stawka leży gdzie indziej.
Nie chodzi tylko o to, ile drużyn zagra ani nawet o to, ile pieniędzy uda się zebrać. Zwycięzca finału też nie jest najważniejszy. Chodzi o to, czy wydarzenie nadal będzie miejscem, w którym ludzie chcą być razem.
Michał Mączka mówi wprost, że marzy mu się, aby kiedyś zrobić z Futboholik Cup wydarzenie „IRL” w stylu Kanału Sportowego.
– Nie chodzi o to żebym się lansować tylko by uwiarygodnić i pokazać: „Patrzcie, nie kłamiemy, ludzie się bawią, jest pozytywnie, pomagamy.” – kończy Mączka.
W czasach, gdy wiele relacji zaczyna się i kończy w sieci, Futboholik Cup pokazuje coś odwrotnego. Dzięki turniejowi internetowa społeczność może spotkać się na boisku, zagrać, pośmiać się, pomóc i stworzyć coś, co ma bardzo realny ciężar.
Jeśli przy tym wszystkim turniej nie straci duszy, to jego największy sukces będzie już dawno wygrany.
W tegorocznej edycji organizatorzy i uczestnicy Futboholik Cup pomagają małemu Dorianowi który cierpi na szereg schorzeń, których leczenie wymaga dużych nakładów finansowych. Leczenie Doriana można wesprzeć tutaj: https://pomagam.pl/leczeniedoriana
