Fundacja ZOO Wrocław – DODO – Game Changer 2026 w kategorii Nagroda Społeczności

Fot. Fundacja ZOO Wrocław - DODO.
Fundacja ZOO Wrocław – DODO – Game Changer 2026 w kategorii Nagroda Społeczności

Są głosem zwierząt, które same o pomoc nie poproszą – od egzotycznych kanczyli po chomiki europejskie z Dolnego Śląska. Fundacja DODO udowadnia, że z Wrocławia można realnie chronić przyrodę na czterech kontynentach. To historia o determinacji, pasji i walce o świat, który lada dzień może zniknąć sprzed naszych oczu.

Wrocławskie ZOO to nie tylko miejsce spacerów, to serce wielkiej operacji ratunkowej. Fundacja DODO, której ogród jest fundatorem, obchodzi właśnie swoje 10-lecie. O tym, dlaczego warto wierzyć w sens ochrony każdego, nawet najmniejszego gatunku, z Martą Gondek, prezes Fundacji ZOO Wrocław – DODO rozmawia Marek Zoellner.

– Marek Zoellner: Dlaczego akurat dodo? Nikt z nas nie widział go przecież nigdy na własne oczy. To jakieś ostrzeżenie, żebyśmy zdążyli zobaczyć inne ptaki, zwierzęta, zanim znikną na dobre?

– Marta Gondek: Dokładnie tak. Żeby nie zostały po nich jedynie obrazki w książkach. Chcieliśmy, aby ptak dodo z wyspy Mauritius, na której kiedyś żył, był przestrogą. To symbol niszczycielskiej działalności człowieka, który za sprawą ludzi przestał istnieć. Mamy nadzieję, że ta tragiczna historia nie powtórzy się już w przypadku żadnego innego gatunku.

Od początku chcieliśmy chronić gatunki mniej znane, mniej powszechne. Naszą energię planowaliśmy skupić na Azji Południowo-Wschodniej i Afryce, a Mauritius geograficznie idealnie wpisał się w ten klucz. Poza tym, dodo to niezwykle sympatyczny, niewinny ptak, który budzi ogromną empatię. Nazwę zaproponowała pierwsza prezeska fundacji, Ania Mękarska. Pomysł został zaakceptowany w głosowaniu i nazwa została z nami do dziś.

– Pomysłodawcą fundacji był były prezes ZOO Wrocław, Radosław Ratajszczak, który jest teraz w Waszej radzie. Podobnie jak obecny prezes, Tomasz Jóźwik. Jak się współpracuje z takimi ekspertami?

– W 2016 roku prezes Ratajszczak widział, co się na świecie dzieje i utworzył zespół. Uznaliśmy, że trzeba stworzyć coś, co realnie wyjdzie poza mury zoo. Do dziś zasiada w radzie fundacji i nas wspiera. Prezes Jóźwik wnosi nową wiedzę. Ogród zoologiczny jako fundator pomaga nam przy wielu akcjach: biegu Wild Run, spotkaniach „ZOO i DODO na ratunek” czy akcjach edukacyjnych. To partnerstwo jest niezależne od zmian w zarządzie, bo ochrona gatunków to jeden z filarów istnienia nowoczesnego zoo. We Wrocławiu prowadzimy hodowlę zachowawczą, by wzmacniać pulę genową, a Fundacja DODO dopełnia to działaniami bezpośrednio w naturze.

– W materiałach fundacji czytamy, że wszyscy jesteśmy właśnie świadkami szóstego, największego jak dotąd wymierania zwierząt na naszej planecie. Brzmi to groźnie, bardzo złowieszczo, ale w Pani wypowiedziach jest sporo nadziei. Skąd ten optymizm?

– Nasz wpływ, choć może wydawać się mały, jest realny i stale rośnie. Optymizm czerpiemy z faktów. Otrzymujemy raporty od organizacji, z którymi współpracujemy na całym świecie. Widzimy, że gatunki, które były krytycznie zagrożone lub całkowicie wyginęły na wolności, dzięki naszym wspólnym działaniom wracają do natury.

Tak stało się z oryksami szablorogimi – pięknymi antylopami z Afryki. W 2005 roku sytuacja była krytyczna, w naturze nie było ani jednego osobnika. Dzięki współpracy wielu organizacji, ogrodów zoologicznych i rządom państw, w tym naszemu wsparciu od 2018 roku, udało się to odwrócić. Zwierzęta z hodowli trafiły do zagród w Czadzie, a potem na wolność do Parku Narodowego. Sfinansowaliśmy m.in. obroże telemetryczne do ich monitoringu. Efekt? W ciągu kilku lat na wolności urodziło się 500. młode! Gatunek „awansował” w klasyfikacji z wymarłego w naturze na zagrożony. To gigantyczny sukces.

– To spektakularny przykład, ale ratujecie też zwierzęta przed kłusownictwem, prawda?

– Tak, walczymy o takie zwierzęta jak pangoliny. Są łagodne, nie boją się ludzi. W poczuciu zagrożenia zwijają się w kulę, co czyni je bezbronnymi wobec kłusowników. Przemyca się je do Chin, bo pseudomedycyna azjatycka wierzy, że ich łuski leczą choroby. To oczywiście bzdura, bo to ta sama substancja, z której są złożone nasze paznokcie. My jako fundacja pomagamy organizacjom, które przechwytują te zwierzęta z przemytu, leczą je i wypuszczają w bezpiecznych miejscach.

Często wspieramy społeczności lokalne, np. sąsiadów pantery śnieżnej w Mongolii. Ci ludzie czasem kłusowali, by przeżyć. My pokazujemy im, że żywa pantera to ich lokalny skarb. Kupujemy od nich ręcznie robione wełniane zabawki, sprzedajemy je u nas, a zysk trafia prosto do nich. To pozwala im żyć godnie i jednocześnie chronić te drapieżniki.

Fundacja DODO jest pomostem między tymi działaniami a ludźmi, którzy nas wspierają. To zaufanie społeczne, widoczne choćby w rekordowych wpłatach z 1,5% podatku, niesamowicie nas mobilizuje.

– Tu rzeczywiście warto wspomnieć o 1,5% podatku. Dla fundacji było to ostatnio ponad 200 tysięcy złotych, piękna suma. Walczycie o egzotyczne gatunki, jak kukang większy, a w Polsce też macie co robić?

Oczywiście! Bioróżnorodność jest kluczowa wszędzie. Wspieramy ochronę wilków, rysi czy żółwi błotnych. To nasz jedyny rodzimy gatunek żółwia, który ginie przez osuszanie terenów. Na Dolnym Śląsku, w okolicach Jawora mamy też chomika europejskiego. Jest znacznie większy od syberyjskiego i krytycznie zagrożony przez monokultury rolnicze i deweloperkę. Finansujemy badania nad biologią tych gatunków, by zdobyć wiedzę, aby inni mogli tworzyć zasady jak budować miasta i uprawiać rolę, nie niszcząc siedlisk chomików. Wszystko da się pogodzić, jeśli ma się wiedzę.

– W ubiegłym roku łącznie zebraliście ponad milion złotych. To kropla w morzu potrzeb czy kwota, która realnie zmienia rzeczywistość?

– Realnie pomaga! Proszę sobie wyobrazić, że koszt utrzymania jednego uratowanego lemura katta w ośrodku na Madagaskarze to około 20 zł dziennie. Przy tej skali milion złotych podzielony na nasze projekty to potężny zastrzyk energii. Jesteśmy dumni, bo pod względem skali wsparcia tego rodzaju projektów, wrocławskie zoo i nasza fundacja mają jeden z najwyższych wskaźników nie tylko w Polsce, ale i w Europie.

– A co czuje prezeska Fundacji DODO, gdy widzi, że Wrocławianie w głosowaniu społeczności w konkursie Game Changers wybrali właśnie Was?

– Jesteśmy tym głęboko wzruszeni. To dla nas najpiękniejszy dowód zaufania. Wiedza, że tyle osób o nas słyszało i chce nas wesprzeć, daje nam ogromnego „kopa” do dalszej pracy. Jesteśmy organizacją działającą pro bono, więc takie wsparcie od mieszkańców jest dla nas bezcenne. Każde takie uznanie pozwala fundacji zebrać więcej środków i tym samym lepiej pomagać zagrożonym wyginięciem gatunkom zwierząt

– Co każdy z nas, oprócz wpłacenia darowizny czy oddania 1,5% podatku, może zrobić dla przyrody tu i teraz?

– Najważniejszy jest szacunek i codzienna uważność. Przyroda znika na naszych oczach, dlatego musimy nauczyć się żyć obok niej, a nie przeciwko niej. Możemy zacząć od prostych rzeczy: wybierania produktów certyfikowanych (np. bez oleju palmowego z niewiadomych źródeł, który niszczy domy orangutanów), ograniczania plastiku czy po prostu dbania o lokalną zieleń.

Ważne jest, byśmy wspierali tworzenie korytarzy ekologicznych, dzięki którym zwierzęta mogą bezpiecznie przemieszczać się między miastami a lasami. Fragmentacja siedlisk to dla nich katastrofa. Choć brzmi to górnolotnie, najważniejszy jest po prostu szacunek do Ziemi. Jeśli zrozumiemy, że jesteśmy częścią tego ekosystemu, a nie jego panami, to jest szansa, że w 2027 roku będziemy opowiadać o kolejnych gatunkach, które udało się ocalić przed losem ptaka dodo.


Partnerem Strategicznym Game Changers Wrocław jest PKO Bank Polski

0
Show Comments (0) Hide Comments (0)
guest

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów

Dołącz do newslettera!

Co słychać we Wrocławiu? Sprawdź pierwszy. Nie przegap tego, o czym mówi miasto

Zapisując się, akceptujesz nasz Regulamin oraz Politykę prywatności. Twoje dane będą przetwarzane wyłącznie w celu wysyłki newslettera.