fot. Instagram Łukasz Fabiański

Dziś wieczorem na kilku, jeśli nie kilkunastu tysiącach polskich twarzach może pojawić się wzruszenie. Łukasz Fabiański kończy reprezentacyjną karierę, z której z pewnością może być dumny. Zwłaszcza, że nie zawsze było łatwo.

To wieczne zastanawianie się – Szczęsny, czy Fabiański? Fabiański, czy Szczęsny? Prawdą jest, że przez ostatnią dekadę selekcjonerzy reprezentacji Polski – od Smudy, przez Fornalika, Nawałkę, Brzęczka, aż po Sousę mieli do dyspozycji dwóch świetnych bramkarzy. Zwolennicy Szczęsnego w dyskusjach zawsze podnosili larum, że Wojciech broni w lepszym klubie, więc powinien grać. Zwolennicy Fabiańskiego wyciągali argument gry w kadrze. I w gruncie rzeczy mieli rację.

Zastanówmy się bowiem, co dla kibica reprezentacji znaczy interwencja przeciwko Interowi, Milanowi, czy Romie. Kibic reprezentacji, czy po prostu kibic – który interesuje się piłką raz na miesiąc, gdy na murawę wybiega jedenastu mężczyzn z orłem na piersi – nie zwraca uwagę na wszystko inne, co dzieje się poza zgrupowaniem.

Tak naprawdę trudno przypomnieć sobie mecz reprezentacji zawalony przez Fabiańskiego. “Fabian” był bramkarzem, którego cechowała solidność i powtarzalność. Piękna karta napisana podczas EURO 2016 to w dużej mierze także jego zasługa. Zresztą EURO, które w bramce rozpoczynał Szczęsny i gdyby nie kontuzja w meczu z Irlandią Północną to właśnie Wojtek byłby pierwszym bramkarzem.

Fabiański wszedł do bramki i nie zawiódł. Wybronił nam mecz na wielkim turnieju – to jego interwencje po strzałach Derdiyoka i Rodrigueza – trzymały nas przy życiu i doczłapały do rzutów karnych w meczu ze Szwejcarią podczas wspomnianego już EURO.

Szczęsny i jego historia wielkich turniejów? Czerwona kartka w meczu z Grecją, mundial w Rosji i wycieczka poza pole karne z Senegalem. Na ostatnim EURO – poza dobrą interwencją w meczu z Hiszpanią – też  nie pomógł. Żeby była jasność – nie deprecjonuję tutaj Wojtka. Przez lata budował swoje nazwisko w Europie i nie bez kozery bronił w najlepszych klubach świata – i de facto dalej broni.

Jednak nigdy nie potrafił przenieść swojej dyspozycji na grunt reprezentacyjny. Fabiański, o czym wspomnieliśmy wyżej, wprost przeciwnie.

Nawet dziś, kiedy gramy z San Marino, w pamięci mam rzut karny…w meczu z San Marino właśnie. W 2008 roku “Fabian” uchronił nas od kompromitacji i obronił jedenastkę wykonywaną przez Andy’ego Selvę.

Dziś żegnamy piłkarza, który nigdy nie narzekał. Piłkarza, który – takie mam wrażenie – nigdy do końca nie miał pełnego zaufania w kadrze. Przynajmniej ze strony selekcjonerów. Nigdy nie odstawał, ale nigdy też nie utyskiwał na to, że nie gra.

Dziś ten ostatni raz. Dziękuję, drogi Łukaszu. Byłeś najlepszą jedynką wśród dwójek.

 

Dziewczyny poznają świat swoich emocji – „Białe małżeństwo”

Poprzedni artykuł

„Wolny strzelec” – z muzycznego pograniczna klasycyzmu i romantyzmu

Następny artykuł

Możesz także polubić

Komentarze

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.