Za ratownikami wodnymi na Dolnym Śląsku trudny początek wakacji. Pierwszy weekend tego lata przyniósł dramatyczne akcje, poszukiwania oraz interwencje wobec łamiących zakazy kąpieli. Niestety, życie straciły dwie osoby. O przyczynach utonięć, najczęstszych błędach popełnianych przez osoby wypoczywające nad wodą oraz wyzwaniach, z jakimi służby mierzą się w sezonie letnim, opowiada prezes Dolnośląskiego WOPR we Wrocławiu, Krzysztof Skrzyniarz. Wywiad publikujemy 29 czerwca – w Dniu Ratownika WOPR. Tegoroczne święto ma szczególny charakter, ponieważ przypada dokładnie w 100. rocznicę powstania zorganizowanego ratownictwa wodnego w Polsce.
– Marek Zoellner: Za nami pierwszy letni weekend, który przyniósł ratownikom wodnym wyjątkowo dużo pracy. Interwencje przy zakazanych kąpieliskach, alarmy i niestety utonięcia – jak Pan podsumuje te dwa ostatnie dni?
– Krzysztof Skrzyniarz: Nasi ratownicy byli wielokrotnie wzywani przez służby do osób wchodzących do wody w miejscach zabronionych, takich jak Odra, która jest szlakiem żeglugowym i obowiązuje na niej zakaz kąpieli. Patrole prowadzone z wykorzystaniem łodzi motorowej również wielokrotnie kończyły się interwencjami i upomnieniami wobec osób ignorujących przepisy. Tych sytuacji było po kilkanaście każdego dnia. W tym samym czasie w regionie odnotowano także dwa tragiczne utonięcia. W całym kraju tylko w ten ostatni weekend utonęło 55 osób.
– W weekend mieliśmy tragiczny początek wakacji, a dzisiaj obchodzimy Dzień Ratownika WOPR.
– Dodatkowo, w tym roku przypada również 100-lecie zorganizowanego ratownictwa wodnego w Polsce. To szczególny moment, także w kontekście Dnia Ratownika WOPR. Ten dzień został ustanowiony w 1926 roku przez Referat Ratownictwa przy Polskim Związku Pływackim. Po powstaniu Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego w 1962 roku, WOPR przejął wszystkie sprawy związane z ratownictwem wodnym i kontynuuje tę tradycję. Warto pamiętać, że jeszcze w poprzednim stuleciu wakacje zaczynały się 1 lipca, więc 29 czerwca przypadał na końcówkę roku szkolnego i był czasem ostatnich przygotowań ratowników przed sezonem. Sama data wiąże się również z tradycją liturgiczną – świętem świętych Piotra i Pawła, patronów ratowników. Dziś, kiedy wakacje zaczynają się wcześniej, ratownicy są już w pełnej gotowości, na kąpieliskach i wodach, dbając o bezpieczeństwo wypoczywających.
– Coś się zmieniło na przestrzeni lat? Myślę nie tylko o statystykach, ale także o świadomości ludzi dotyczącej bezpieczeństwa nad wodą?
– Przełomowe były lata 80. i 90. Kiedyś liczba utonięć w Polsce wynosiła około 500–700 rocznie. Od pewnego czasu oscyluje ona w granicach 400 przypadków rocznie, czyli około 410–420, w zależności od tego, które służby prowadzą statystyki, ponieważ nie wszystkie zdarzenia są w nich ujmowane. Jeśli chodzi o Dolny Śląsk, sytuacja na przestrzeni lat też uległa zmianie. W latach 2005–2007 odnotowywano nawet 60–70 utonięć rocznie, obecnie liczba ta utrzymuje się na poziomie około 38–41 przypadków. Tymczasem nad morzem jest ich od kilkunastu do 20. Niestety region nadal znajduje się w czołówce krajowej. Dolny Śląsk to blisko 10% wszystkich zdarzeń. Jest to specyfika naszego regionu. Dużo rzek, dużo akwenów, zimą brak lodu. Każde województwo ma swoją specyfikę. W regionach nadmorskich, takich jak województwo pomorskie, wypadki najczęściej zdarzają się od wiosny do jesieni. W innych częściach kraju ryzyko występuje praktycznie przez cały rok.
Istotną zmianą na przestrzeni lat jest również struktura wieku osób poszkodowanych. Kiedyś były to głównie osoby nastoletnie i dwudziestokilkuletnie. W tej chwili ten wiek przesunął się bardzo, bardzo wysoko. Około 60-65% wszystkich zdarzeń w całej Polsce dotyczy osób 50+. Odsetek tych najmłodszych, do 15. roku życia jest naprawdę bardzo mały.
Jeżeli dochodzi do takich zdarzeń, tu z kolei myślę o grupie osób w wieku 25–30 lat, to czynnikiem, który ma wpływ na ich zachowanie, jest alkohol. Pojawia się wtedy skłonność do przekraczania granic, zdrowy rozsądek schodzi na dalszy plan, a osoby podejmują ryzykowne decyzje, w tym wejście do wody. Dodatkowo znaczenie ma także reakcja organizmu, który w takich warunkach jest bardziej narażony na niebezpieczne skutki. Osoby wchodzące do wody muszą mieć świadomość zagrożeń, szczególnie po dłuższej ekspozycji na słońce. Nagrzany organizm, który gwałtownie trafia do chłodnej wody, może zareagować w sposób nieprzewidywalny.
– Czy poza alkoholem i brawurą widać też inne powtarzające się schematy zachowań nad wodą?
– Na pewno edukacja w zakresie bezpieczeństwa, prowadzona w szkołach i przez służby, przynosi efekty. Widać to szczególnie wśród dzieci i młodzieży, gdzie liczba wypadków jest mniejsza niż w poprzednich latach. Dzieci umieją pływać, chodzą do szkół pływania. A jednak tylko w niedzielę 28 czerwca w całym kraju utonęło aż 17 osób, w tym dwie na Dolnym Śląsku. To bardzo niepokojące dane. W większości były to osoby, które albo słabo pływały, albo nie potrafiły pływać, jak w zdarzeniu, do którego doszło wczoraj w Siechnicach. Do 19-latka, który tonął, skoczył na pomoc 24-latek, który również słabo pływał – i niestety również utonął. Podobne zdarzenie miało miejsce nad morzem, gdzie dzieci zaczęły tonąć w wodzie, a ojciec skoczył im na pomoc. Dzieci udało się ratować, tata niestety już nie poradził sobie w morzu i zginął.
– Co powinni zrobić świadkowie, gdy widzą osobę tonącą?
– Podkreślę to wyraźnie, jeśli ktoś nie potrafi pływać i nie jest przeszkolonym ratownikiem, nie powinien wchodzić do wody. W takich sytuacjach najważniejsze jest wezwanie pomocy – krzyczmy, wołajmy ratunku. Zdarzały się przypadki, że świadkowie zamiast reagować i pomagać, wyciągali telefony i nagrywali zdarzenie. Dlatego apelujemy, aby przede wszystkim nie pozostawać biernym i – jeśli to możliwe – podjąć próbę wezwania pomocy w sposób bezpieczny, bez wchodzenia do wody. Na Dolnym Śląsku mamy ponad 8 tysięcy ratowników WOPR. To osoby, które są przeszkolone i posiadają odpowiednie doświadczenie – często to również byli ratownicy, którzy ukończyli szkolenia kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, ale nadal mają wiedzę i umiejętności, by pomagać. W wielu przypadkach pomoc może nadejść także od osób postronnych – wędkarzy, rowerzystów czy innych świadków zdarzenia.
– A jeśli nikogo nie ma w pobliżu? Jak pomóc nie wchodząc do wody?
– Krzyczmy „ratunku”, nie wchodzimy do wody. Należy jak najszybciej zadzwonić na numer alarmowy 984, przeznaczony do ratownictwa wodnego. Zgłoszenie trafia do WOPR lub na europejski numer 112, który uruchamia wszystkie służby. Trzeba pamiętać, że osoba, która wpadła do wody, może utonąć w ciągu 3–6 minut. Dlatego kluczowe jest natychmiastowe wezwanie pomocy – im szybciej ktoś zareaguje, tym większa szansa na uratowanie życia.
Co ważne, w około 60% przypadków do zdarzeń dochodzi w odległości do kilku metrów od brzegu. Dlatego najważniejsze jest, by nie wchodzić do wody, tylko podać lub rzucić coś, co pomoże utrzymać się na powierzchni – w praktyce może to być kij, ale równie dobrze inne przedmioty, które zwiększają wyporność.
– O jednym ze sposobów często mówicie podczas szkoleń. Nie każdy go zna, a jest dość prosty i skuteczny. Chodzi o wykorzystanie plastikowych butelek.
– Chodzi o to, że akurat kij o długości 4 metrów może być trudny do znalezienia w mieście. Trzeba jednak pamiętać, że wyporność dorosłego człowieka to około 2,5 litra powietrza. To pokazuje, jak niewiele potrzeba, by utrzymać się na powierzchni przez krótki czas i umożliwić pomoc. Można w takiej sytuacji wykorzystać np. plastikowe butelki wrzucone do wody, najlepiej umieszczone w rękawach lub nogawkach ubrania i związane tak, aby stworzyły prowizoryczną „tratwę”, której poszkodowany może się przytrzymać. To prosty sposób udzielenia pomocy bez narażania własnego życia. Jeżeli mamy więcej ubrań, np. koszule czy elementy odzieży, można połączyć rękawy i nogawki, tworząc kilkumetrowy „łańcuch” o długości 3–5 metrów, i próbować podać go osobie w wodzie.
Najważniejsze jest jednak, by nie wchodzić do wody – to zawsze wiąże się z ryzykiem, że osoba ratująca również znajdzie się w niebezpieczeństwie. Dlatego należy przede wszystkim krzyczeć, wzywać pomoc i dzwonić na numery alarmowe, a następnie czekać na przyjazd służb.