Siedem medali Mistrzostw Świata i Europy Masters w lekkoatletycznych konkurencjach rzutowych w jednym sezonie, w tym trzy złote. Dwa tytuły mistrza świata. Gdyby spojrzeć wyłącznie na wyniki Andrzeja Kominka, można byłoby pomyśleć o zawodowym sportowcu, którego życie od rana do wieczora podporządkowane jest treningowi. Tymczasem reprezentant KS AZS AWF Wrocław sam pracuje jako trener, prowadzi własny klub, a na swoje przygotowania próbuje znaleźć kilka godzin pomiędzy zajęciami z podopiecznymi. – Nikt tam nie jedzie się pobawić. Oczywiście jest to przyjemność, ale jak się rywalizuje, to rywalizuje się na sto procent – mówi w rozmowie z Wrocławskimi Faktami.
Rok 2026 trudno w przypadku Andrzeja Kominka określić inaczej niż najlepszym sezonem w jego dotychczasowej przygodzie ze sportem Masters. Wrocławianin, reprezentujący KS AZS AWF Wrocław, rywalizuje obecnie w kategorii M40.
Pierwszy duży medalowy zbiór przywiózł wiosną z Halowych Mistrzostw Europy Masters w Toruniu. W rzucie dyskiem zwyciężył wynikiem 43,23 m. Do złota dołożył srebrne medale w pchnięciu kulą i rzucie ciężarkiem oraz brąz w rzucie młotem. Oficjalne wyniki potwierdzają m.in. jego zwycięstwo w dysku, gdzie wyprzedził Niemca Christopha Bischlagera i Czecha Lukáša Kvapila.
Jeszcze bardziej efektowny był wyjazd do Korei Południowej. Mistrzostwa świata Masters w Daegu odbywały się od 22 sierpnia do 3 września i zgromadziły ponad 7,5 tys. zawodników ze 106 krajów. Była to impreza ogromna nawet jak na standardy sportu Masters.
Kominek został tam mistrzem świata w rzucie ciężarkiem. W kategorii M40 osiągnął 16,61 m i wyprzedził Dominika Szewczyka oraz Indreka Terasa z Estonii. Kilka dni później sięgnął po drugi tytuł. Tym razem w pięcioboju rzutowym, kończąc rywalizację z dorobkiem 3533 punktów.
Do tego doszedł jeszcze medal w rzucie młotem. W zestawieniu medalistów polskiej reprezentacji publikowanym przez Polski Związek Lekkiej Atletyki Masters Kominek figuruje w tej konkurencji jako brązowy medalista.
Łącznie oznaczało to siedem medali mistrzostw Europy i Świata w jednym sezonie. Trzy z nich były złote.

To nie był nagły wyskok
Tegoroczne sukcesy nie pojawiły się jednak znikąd. Andrzej Kominek urodził się w 1982 roku, a jego nazwisko od kilku lat regularnie można znaleźć w wynikach dużych imprez Masters. Statystyki PZLA przypominają chociażby brąz mistrzostw świata w Tampere w 2022 roku w pchnięciu kulą, srebro mistrzostw Europy w Pescara w 2023 roku w tej samej konkurencji oraz brąz w dysku. Rok później dołożył brąz halowych mistrzostw Europy w Toruniu.
Jeszcze wcześniej, podczas halowych mistrzostw świata Masters w Toruniu w 2019 roku, stanął na podium w rzucie dyskiem w kategorii M35. Wynik 43,55 m dał mu wówczas trzecie miejsce.
Lekkoatletykę zaczął trenować stosunkowo późno. Pod koniec liceum łączył ją jeszcze z siatkówką. Na studiach kontynuował treningi w sekcji lekkoatletycznej, ale jego sportowa droga nie prowadziła wówczas do zawodowej kariery. Sam przyznawał później, że zostały w nim z tego okresu niespełnione ambicje. Do regularnego startowania wrócił po ukończeniu 35 lat.
Wtedy sport, który wcześniej nie doprowadził go na międzynarodowe podium, otworzył przed nim drugą drogę.
Sam jest trenerem, ale na trening jeździ do Rawicza
Najciekawsze w historii Kominka jest jednak to, że wyników nie buduje w warunkach typowych dla zawodowego lekkoatlety.
Na co dzień sam jest trenerem. Prowadzi zajęcia ze sztuk walki oraz szermierki historycznej, pracuje zarówno z grupami, jak i indywidualnie i prowadzi własny klub. Z Wing Tsun Kung Fu związany jest od lat. Wcześniej opisywał, że instruktorem został już w wieku 24 lat. Zajmuje się również szermierką szablą polską.
Jego dzień często zaczyna się od treningów prowadzonych dla innych osób, a kończy dopiero późnym wieczorem na sali. Gdzieś pomiędzy trzeba znaleźć miejsce na własne przygotowania.
– Staram się zrobić to w ten sposób, żeby w środku dnia mieć taki przedział czasu, około trzech-czterech godzin, który przeznaczam na trening, jedzenie i regenerację – opowiada Andrzej Kominek.
W przypadku miotacza nie wystarczy przy tym pójść kilka razy w tygodniu na siłownię. Trzeba połączyć siłę z przygotowaniem ogólnym oraz właściwym treningiem technicznym w poszczególnych konkurencjach.
Zawodnik sam szkoli innych, ale kiedy chodzi o jego własne rzuty, nie chce pozostawać jedyną osobą oceniającą swoją pracę.
– Nigdy nie jesteś w stanie obiektywnie popatrzeć na to, co zrobiłeś, ani obejrzeć siebie z zewnątrz. Oczywiście mamy technologię, możemy się nagrywać, ale chodzi też o objętość treningu. Trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić albo kiedy zadziałać innym bodźcem – tłumaczy lekkoatleta.
Dlatego trzy razy w tygodniu jeździ z Wrocławia do Rawicza. Od wiosny pracuje tam z Bogusławem Jusiakiem. Do ubiegłego roku jego trenerem Czesław Kotwica, który niestety zmarł.
Po treningu w Rawiczu często nie wraca jednak do domu odpoczywać.
– Wracając, najczęściej trafiam już na swoją salę treningową prowadzić zajęcia. W międzyczasie trzeba ogarnąć jakiś posiłek, żeby po treningu uzupełnić wydatek energetyczny, makro- i mikroskładniki – mówi zawodnik.
Cztery, czasem sześć treningów i osiem godzin snu
W typowym tygodniu Kominek wykonuje od czterech do sześciu własnych jednostek. Przeplata treningi rzutowe z siłowymi i sprawnościowymi. Rano często pracuje z podopiecznymi, środek dnia zostawia dla siebie, a późnym popołudniem i wieczorem ponownie wciela się w rolę trenera.
W tym układzie jednym z najważniejszych elementów przygotowań staje się coś znacznie mniej spektakularnego niż ciężary czy kolejne rzuty. Chodzi o sen.
Wrocławski lekkoatleta mówi wprost, że stara się znaleźć na niego minimum osiem godzin. Gdy nie jest to możliwe, wykorzystuje krótkie drzemki w ciągu dnia.
– One nie są w stanie wynagrodzić godziny, której zabrakło wieczorem, ale są na tyle skuteczne, że jestem w stanie w optymalny sposób wejść w trening – tłumaczy.
Także po zakończeniu sezonu nie oznacza to całkowitego rozbratu ze sportem. Zmienia się jednak charakter pracy. Zamiast kolejnych ciężkich sesji rzutowych pojawia się więcej biegania, truchtu i ćwiczeń ogólnorozwojowych. Zawodnik często sięga również po gry zespołowe, choćby koszykówkę czy siatkówkę. To jednocześnie okres, w którym można zająć się drobnymi urazami nagromadzonymi przez miesiące startów.
Sam nazywa go po prostu czasem na „naprawianie się”.
W Korei przeciwnikiem byli nie tylko rywale
Wyjazd na Mistrzostwa Świata w Daegu pokazał jeszcze jeden element sportu Masters, którego nie widać w tabeli wyników.
Kominek wspomina nie tylko rywali, ale również niemal 40-stopniowe temperatury, wilgotność dochodzącą – według jego relacji – do 97 procent, siedmiogodzinną różnicę czasu. Konieczność przestawienia organizmu na zupełnie inne warunki i dietę również miały znaczenie w trakcie rywalizacji.

„Dziadki i babcie coś tam sobie pobiegają”
Sport Masters zaczyna się w lekkoatletyce od 35. roku życia, a później zawodnicy rywalizują w kolejnych kategoriach wiekowych. Górnej granicy w praktyce nie ma.
Wrocławski lekkoatleta uważa, że z zewnątrz tę rywalizację zbyt często traktuje się niemal jak rekreację.
– Ludzie patrzą na to trochę w takim świetle: „dziadki i babcie się ścigają, coś tam pobiegają, coś tam porzucają”. Ale nie da się „coś pobiegać” i „coś porzucać” bez treningu. Trzeba samemu najpierw tego zakosztować i spróbować – przekonuje wrocławski Masters.
Jego zdaniem zawodnicy Masters mają część tych samych problemów co profesjonaliści, ale dochodzą do nich kolejne obciążenia. Praca, rodzina, codzienne obowiązki i przede wszystkim coraz większe znaczenie regeneracji.
– Mam ponad 40 lat i wiem, że w tym wieku są jeszcze zawodnicy, którzy startują jako zawodowcy, a ich wyniki są dużo lepsze niż moje, jednocześnie mam przekonanie, że gdybym mógł się skupić tylko na treningach i startach w zawodach, ta różnica byłaby znacznie mniejsza – wyjaśnia.
Nie jest to jednak dla niego argument przeciwko rywalizacji. Wręcz przeciwnie.
– Nikt tam nie jedzie się pobawić. Oczywiście jest to zabawa, jest to przyjemność, ale jak się rywalizuje, to się rywalizuje na sto procent – podkreśla.
Nie chodzi wyłącznie o medal
W rozmowie z Kominkiem szybko okazuje się zresztą, że medale są tylko jedną częścią jego spojrzenia na sport Masters. Drugą jest posiadanie celu.
Można powiedzieć sobie, że kiedyś schudnie się kilka kilogramów, poprawi kondycję albo zacznie regularnie trenować. Problem w tym, że „kiedyś” nie ma konkretnej daty, a mistrzostwa mają.
– Jeżeli mam datę Mistrzostw Polski, Mistrzostw Europy czy Mistrzostw Świata i stawiam sobie cel. Mam tam rywali, chcę stanąć z nimi w jak najlepszej dyspozycji, to jest cały program treningowy, który mnie do tego przygotuje. Siłą rzeczy dbam o swoje ciało – tłumaczy.
W tym sensie medal jest nagrodą, ale sam start staje się narzędziem zmuszającym do systematyczności.
Kominek zwraca uwagę także na zawodników znacznie starszych od siebie. Opowiada o 80- i 90-latkach, których widział na bieżni i którzy wciąż potrafią osiągać wyniki nieosiągalne dla wielu osób prowadzących siedzący tryb życia.
Nie chodzi mu przy tym o porównywanie ich z Usainem Boltem.
– Dla tych ludzi na starcie wygrywanie z samym sobą i z ludźmi obok jest tak samo ważne, jak dla zawodowców. A oni mają za sobą jeszcze wszystkie te lata – zauważa.

Sport jako sposób na „bycie tu i teraz”
Jest jeszcze jeden wymiar, do którego atleta wraca w rozmowie szczególnie mocno – psychika.
Przywołuje Czesława Roszczaka, jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich lekkoatletów Masters, który mimo ponad 80 lat pozostaje aktywny sportowo. Według Kominka Roszczak często powtarza, że otaczanie się ludźmi mającymi pasję i pozytywne nastawienie jest jednym z przepisów na długowieczność.
Wspomina również swojego zmarłego trenera Czesława Kotwicę. Dla niego samo wyjście na stadion i poprowadzenie kolejnego treningu młodego zawodnika było małym, codziennym celem.
Zawodnik uważa, że właśnie takich „mikrocelów” człowiek potrzebuje niezależnie od wieku.
– Ruch fizyczny daje wspaniałe możliwości, żeby rozładować napięcia, stres i frustracje. To jest najlepsza terapia, żeby być spokojniejszym i żeby mózg trochę odpoczął i był tu i teraz. Idziesz na trening i już nie możesz myśleć, że masz coś w domu, coś w pracy, jakieś obowiązki. Trzeba się skupić – mówi Wrocławianin.
Być może właśnie w tym najlepiej widać, dlaczego siedem medali zdobytych przez Andrzeja Kominka w 2026 roku jest czymś więcej niż tylko kolejnymi pozycjami w sportowym CV.
Za dwoma tytułami Mistrza Świata i Mistrzostwem Europy stoją nie tylko metry, punkty i godziny spędzone na treningu. Są też poranne zajęcia z podopiecznymi, trzy wyjazdy tygodniowo do Rawicza, próby wygospodarowania ośmiu godzin snu i powrót na własną salę już po wykonaniu swojego treningu.
Przede wszystkim jest też przekonanie, że czterdziestka w sporcie nie musi być momentem zamykania drzwi.
Może być momentem wyznaczenia kolejnego celu.
