Andrzej Gliniak: Zawód spikera to praca na żywym organizmie

Fot. Archiwum prywatne Andrzej Gliniak

Przez dziewiętnaście lat był świadkiem największych sukcesów i najboleśniejszych porażek Śląska Wrocław. Zapowiadał mistrzów Polski, europejskie puchary, spadek i powrót do Ekstraklasy, a jego głos dla tysięcy kibiców stał się nieodłącznym elementem dnia meczowego. Andrzej Gliniak w rozmowie z Wrocławskimi Faktami opowiada o kulisach pracy spikera, emocjach, które przeżywa za mikrofonem, ludziach, których spotkał na swojej drodze, i o tym, dlaczego uważa, że prawdziwy spiker powinien być wierny jednemu klubowi.

W tym artykule przeczytasz:
  • Kulisach pracy spikera Śląska Wrocław.
  • Największych emocjach, odpowiedzialności i bezpieczeństwie na stadionie.
  • Wierności jednemu klubowi

– Piotr Potępa: Gdyby ktoś 20 lat temu powiedział Ci, że będziesz spikerem Śląska Wrocław przez dwie dekady, uwierzyłbyś?

– Andrzej Gliniak: Szczerze? Nie. W tamtym momencie myślałem wyłącznie o tym, jak poradzę sobie podczas pierwszego meczu. Kibice Śląska kojarzyli już mój głos z Radia Eska, w którym wtedy pracowałem, ale zastanawiałem się, jak przyjmą mnie na stadionie. To było zupełnie inne wyzwanie niż praca w studiu radiowym, gdzie byłem tylko ja i realizator. Tutaj czekało na mnie ponad osiem tysięcy żywiołowo dopingujących kibiców, z którymi od pierwszej chwili musiałem nawiązać kontakt.

Pamiętam, że gdy wypowiadałem pierwsze słowa przez stadionowy mikrofon, głos miałem dosłownie jak z waty. Oporowska była wypełniona po brzegi, graliśmy mecz zgody z Miedzią Legnica, a atmosfera była naprawdę świąteczna. Na szczęście pierwszy występ okazał się udany. Śląsk wygrał 3:1, a ja… zostałem na kolejne dziewiętnaście lat. Gdyby wtedy ktoś powiedział mi, że ta przygoda potrwa niemal dwie dekady, uznałbym to za czystą fantastykę.

Dzisiaj mogę powiedzieć, że ten czas minął jak jeden dzień. Gdy zaczynałem, nie zastanawiałem się, jak długo potrwa moja przygoda ze Śląskiem. Z perspektywy czasu patrzę jednak na te dziewiętnaście lat jak na coś wyjątkowego. To była i nadal jest piękna przygoda. Zawsze podkreślam, że roli spikera Śląska Wrocław nigdy nie traktowałem jak zwykłej pracy zarobkowej.

– Nie jesteś tylko spikerem, ale też kibicem Śląska, prawda?

– Tak, jestem kibicem Śląska od dziecka. Chodziłem jeszcze na mecze rozgrywane przy Oporowskiej i od zawsze był to mój ukochany klub. Dlatego zupełnie inaczej patrzę na pracę spikera niż na inne zawodowe obowiązki.

Rozmawiam z wieloma spikerami z klubów Ekstraklasy. Wielu z nich pracuje po kilka czy kilkanaście lat, ale kiedy patrzę na swoją drogę, to uświadamiam sobie, jak wiele wydarzyło się przez te dziewiętnaście sezonów. Razem ze Śląskiem przeżyłem awans do Ekstraklasy, mistrzostwo Polski, dwa wicemistrzostwa, brązowy medal, występy w europejskich pucharach i finał Pucharu Polski.

Były też trudniejsze chwile. Po raz pierwszy w ciągu mojej pracy jako spiker przeżyłem spadek z Ekstraklasy. Na szczęście ta historia nie trwała długo, bo udało się od razu wrócić do elity. Co ciekawe, gdy zaczynałem swoją przygodę ze Śląskiem jako spiker na Oporowskiej, również zakończyła się ona awansem do Ekstraklasy. Można więc powiedzieć, że moja historia z klubem zatoczyła koło.

Andrzej Gliniak
Fot. Archiwum prywatne Andrzej Gliniak

– Co trzeba zrobić, żeby zostać spikerem? Jak się ich klasyfikuje? Po czym poznać, który jest dobry, a który nie?

– To bardzo trudne pytanie, bo nie ma jednej, obiektywnej definicji dobrego spikera. To trochę jak z piłkarzami czy aktorami. Jedni cenią barwę głosu, inni osobowość, sposób prowadzenia wydarzenia czy umiejętność budowania atmosfery. Każdy ma własne kryteria.

Można oczywiście oceniać spikerów przez pryzmat imprez, które prowadzą. Meczów reprezentacji Polski, finałów czy spotkań międzynarodowych. Sam wkrótce będę miał okazję poprowadzić mecz Manchesteru z Milanem. Można też patrzeć na liczbę prowadzonych spotkań albo ich rangę. Problem w tym, że żadna z tych rzeczy nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, kto jest najlepszy.

Warto też pamiętać, że fakt prowadzenia meczów reprezentacji Polski nie oznacza automatycznie, że ktoś jest najlepszym spikerem w kraju. W naszym środowisku funkcjonują różne nieformalne rankingi i opinie, ale trudno stworzyć obiektywną hierarchię.

Moim zdaniem wiele zależy również od miejsca pracy. Znacznie trudniej prowadzi się mecze klubów takich jak Śląsk Wrocław, Legia Warszawa czy Lech Poznań. To marki, które wzbudzają ogromne emocje, a na trybunach często pojawiają się antagonistycznie nastawieni kibice. Spiker musi nie tylko prowadzić oprawę meczu, ale również reagować na napięcie, uspokajać atmosferę i odpowiednio komunikować się z publicznością. W klubach, gdzie emocje są nieco mniejsze, to zadanie bywa po prostu łatwiejsze.

Dlatego nie przywiązywałbym się do stanowisk czy prestiżu wydarzeń. Równie dobrze świetnym spikerem może być osoba, która od lat prowadzi mecze na poziomie pierwszej, drugiej czy trzeciej ligi. O jakości tej pracy decydują przede wszystkim umiejętności, doświadczenie i wyczucie sytuacji, a nie tylko nazwa stadionu, na którym się pracuje.

Większość kibiców słyszy tylko głos z głośników.

– Jak się rekrutuje spikerów? Jak przebiega taki – powiedzmy – casting?

– W moim przypadku rzeczywiście odbył się casting. Śląsk szukał nowego spikera po odejściu Krzysztofa Świątkowskiego i właśnie w ten sposób trafiłem do klubu. Myślę, że podobnie wygląda to w większości przypadków, choć zdarza się też, że rolę spikera pełni rzecznik prasowy albo pracownik działu marketingu.

Dla mnie jednak najważniejsze jest coś innego. Uważam, że spiker powinien być tożsamy z klubem, którego jest głosem. Coraz częściej spotykam młodych ludzi, którzy jednego dnia prowadzą mecz siatkówki, drugiego koszykówki, trzeciego futbolu amerykańskiego. Oczywiście można tak pracować, ale ja wyznaję zupełnie inną filozofię.

Największą wartością jest to, że kibice utożsamiają twój głos z jednym klubem. Kiedy słyszą cię przez stadionowy mikrofon, od razu wiedzą, że to Śląsk Wrocław. To dla mnie ogromny komplement, bo Śląsk jest moim ukochanym klubem.

Spiker powinien być autentyczny i emocjonalnie związany z klubem, którego jest głosem.

Najlepiej pokazuje to pewna historia. Mój dobry kolega, Arkadiusz Aleksander, właściciel Sandecji Nowy Sącz, zaproponował mi kiedyś poprowadzenie prestiżowego meczu. Oferował naprawdę bardzo dobre wynagrodzenie, ale odmówiłem. Powiedziałem mu wprost, że nie jestem związany z Sandecją i nie czułbym się z tym dobrze. Uważam, że spiker nie powinien być kimś, kto jeździ od klubu do klubu. Powinien stać się głosem jednej drużyny, z którą kibice będą go identyfikować. Dla mnie właśnie na tym polega wyjątkowość tej roli.

– Nie wszyscy się z tym zgodzą.

– Mam wrażenie, że część młodych spikerów stawia dziś bardziej na ilość niż na jakość. Prowadzą mecze różnych klubów, często nawet z jednego miasta, a do tego kilku dyscyplin, od piłki nożnej, przez siatkówkę, aż po futbol amerykański. Później cieszą się, że są wszędzie, pokazują kolejne realizacje w mediach społecznościowych i nakręcają się liczbą wydarzeń, które obsłużyli.

– No to ilość czy jakość?

– Moim zdaniem, jeśli ktoś chce naprawdę zapisać się w historii klubu i zostać zapamiętanym przez kibiców, powinien być wierny jednym barwom. Dopiero wtedy staje się częścią tożsamości klubu, a nie tylko osobą wykonującą kolejne zlecenie. To może brzmi jak truizm, ale w Polsce wcale nie ma wielu spikerów, którzy są jednoznacznie identyfikowani z jednym klubem i rozpoznawalni przez jego kibiców.

Mam wrażenie, że niektórzy traktują dziś spikerowanie przede wszystkim jako sposób na promowanie własnej osoby. A przecież piłka nożna – nie umniejszając innym dyscyplinom – od zawsze była dla spikera najbardziej prestiżową sceną. Dla mnie jednak najważniejsze nie jest to, żeby być wszędzie. Najważniejsze jest to, żeby być kojarzonym z jednym klubem i przez lata budować jego historię swoim głosem.

– Jak wygląda Twoje przygotowanie do takiego meczu?

– W dniu meczu Ekstraklasy wszystko zaczyna się na około trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem. Wtedy odbywa się odprawa tzw. grupy szybkiego reagowania. Uczestniczy w niej delegat PZPN, który nadzoruje przebieg spotkania, a także przedstawiciele klubu, służb porządkowych, policji, stadionu oraz spiker.

Podczas odprawy analizujemy wszystkie kwestie związane z organizacją meczu i bezpieczeństwem. Omawiana jest m.in. liczba kibiców gości, charakter spotkania, ewentualne zagrożenia czy inne elementy, które mogą mieć wpływ na jego przebieg. To standardowa procedura, dzięki której każdy dokładnie wie, jaka jest jego rola i na co należy zwrócić szczególną uwagę.

Po zakończeniu odprawy zaczynam już przygotowania do samego meczu. Tutaj warto podkreślić jedną rzecz. Spiker to nie jest wodzirej ani konferansjer. Naszym zadaniem nie jest wyłącznie zabawianie publiczności. Spiker odpowiada przede wszystkim za komunikację z kibicami i przekazywanie ważnych informacji, a także za wspieranie organizacji i bezpieczeństwa całego wydarzenia.

– Czyli rola czysto informacyjna, a nie zagrzewająca do dopingu?

– Wielu osobom wydaje się, że spiker piłkarski to po prostu konferansjer. To nieprawda. Nasza rola polega przede wszystkim na przekazywaniu informacji. Przedstawianiu składów, informowaniu o zmianach, zdobytych bramkach czy komunikatach organizacyjnych. Oczywiście jest też kontakt z kibicami, ale w zupełnie innym wymiarze niż podczas meczów siatkówki czy koszykówki.

Na stadionie piłkarskim nie usłyszysz ode mnie: „Ręce do góry”, „Clap your hands” czy innych animacji. To zupełnie inna specyfika i zupełnie inna publiczność. Jestem przekonany, że kibice bardzo szybko daliby mi do zrozumienia, że takie zachowanie nie ma tutaj miejsca.

Moim zdaniem spiker piłkarski wykonuje najbardziej prestiżową, ale jednocześnie najbardziej odpowiedzialną pracę spośród wszystkich spikerów sportowych. Piłka nożna gromadzi najbardziej wymagającą i najbardziej emocjonalną publiczność. Tutaj wszystko może wydarzyć się w jednej chwili, dlatego spiker musi zachować spokój i umieć odpowiednio reagować.

Jednym z naszych podstawowych obowiązków jest przypominanie o zasadach bezpieczeństwa. Często proszę kibiców o kulturalny doping czy o nieodpalanie środków pirotechnicznych. Niektórzy żartują nawet, że najbardziej kojarzą mnie właśnie z komunikatem: „Bardzo proszę…”.

Była zresztą zabawna sytuacja podczas świętowania awansu Śląska do Ekstraklasy na placu Wolności. Wyszedłem na scenę, zacząłem prowadzić wydarzenie i w tym samym momencie kibice odpalili race. Uśmiechnąłem się tylko i powiedziałem: „Pewnie kojarzycie mnie głównie z tego, że zawsze proszę o nieodpalanie rac”. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, bo doskonale wiedzieli, o co chodzi.

– Chciałbym jeszcze wrócić do tej odprawy grupy reagowania. Muszę zapytać. Czy przed meczem widmo z Wisłą Kraków takie spotkanie się odbyło?

– Ten mecz w ogóle był jedną z najbardziej nietypowych sytuacji w mojej pracy. Do samego końca wszystko wyglądało tak, jakby spotkanie miało zostać rozegrane. Normalnie przyszedłem do pracy, odbyły się wszystkie procedury i pełniłem swoje obowiązki.

Byłem na przedmeczowej odprawie i kilkukrotnie przekazywałem kibicom komunikat, że czekamy na rywala. Ostatecznie, kiedy czas oczekiwania minął, musiałem… zakończyć mecz, który nigdy się nie rozpoczął.

To chyba jedna z dwóch z najbardziej nietypowych historii, jakie mogą przydarzyć się spikerowi. Trudno znaleźć drugą osobę, która mogłaby powiedzieć, że prowadziła mecz bez kibiców gości, a potem oficjalnie zakończyła spotkanie, którego ostatecznie w ogóle nie rozegrano.

– A ta druga najbardziej nietypowa historia?

– Drugą historią, która na pewno zostanie ze mną na zawsze, jest mecz z Motorem Lublin sprzed kilkunastu lat. Śląsk wygrał wtedy aż 10:1.

Nie przypominam sobie, żeby na poziomie Ekstraklasy czy I ligi spiker miał okazję dziesięć razy zapowiadać zdobywcę bramki dla jednej drużyny podczas jednego meczu. To spotkanie było absolutnie wyjątkowe i pewnie coś takiego trafia się raz w życiu.

Każdego gola trzeba przecież zapowiedzieć, więc za każdym razem wracałem do mikrofonu z tym samym komunikatem. Po dziesiątym razie sam miałem wrażenie, że uczestniczę w czymś zupełnie niecodziennym. Myślę, że pod tym względem ten mecz również przeszedł do historii.

– Z perspektywy trybun wydaje się, że spiker po prostu wychodzi do mikrofonu i mówi. Tymczasem domyślam się, że podczas meczu cały czas jesteś w kontakcie z organizatorami i służbami. Jak to wygląda od kuchni?

– Kibice widzą tylko efekt końcowy i słyszą to, co mówię przez stadionowe głośniki. Nie widzą natomiast, jak wygląda praca spikera od kuchni. Przez cały mecz muszę podejmować decyzje dosłownie w ułamku sekundy.

Siedzę wysoko nad murawą i obserwuję boisko z góry. Mam kontakt ze służbami stadionowymi, które przekazują mi informacje, ale jednocześnie sam muszę błyskawicznie oceniać sytuację. Czasami w tłumie zawodników trudno dostrzec, kto dostał żółtą kartkę, kto schodzi z boiska albo jakie dokładnie zapadły decyzje sędziego. A kibice oczekują, że natychmiast wszystko ogłoszę.

Oczywiście zdarza się popełnić błąd. Taka jest specyfika tej pracy. Presja jest ogromna, bo patrzy na ciebie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a każda sekunda zwłoki rodzi pytania, dlaczego spiker jeszcze nic nie powiedział.

Dużym wyzwaniem od momentu wprowadzenia systemu VAR stało się również ogłaszanie bramek. Niejednokrotnie zdarzyło mi się rozpocząć całą oprawę po golu, zapowiedzieć strzelca, a po chwili okazywało się, że bramka została anulowana. To nie jest błąd spikera po prostu musimy reagować na bieżąco. Nie możemy czekać kilku minut na każdą decyzję sędziego, bo wtedy mecz straciłby swoją dynamikę.

Jest jeszcze jedna rzecz, której kibice często nie zauważają. Niektórzy pytają mnie, dlaczego po zdobyciu bramki czekam nawet trzydzieści czy czterdzieści sekund, zanim ogłoszę nazwisko strzelca. Odpowiedź jest prosta. Wtedy i tak nikt by mnie nie słuchał.

Andrzej Gliniak
Fot. Archiwum prywatne Andrzej Gliniak

– Po golu stadion żyje własnym życiem.

– Kibice świętują, śpiewają, skandują „Hej Śląsk!”. To ich moment i nie zamierzam im go odbierać. Dopiero kiedy emocje na chwilę opadną, wchodzę z komunikatem o strzelcu. Można powiedzieć, że w pewnym sensie umówiłem się z kibicami, że najpierw jest ich radość, a dopiero potem mój głos.

– Wspomniałeś, że w tej pracy zdarzają się błędy. Pamiętasz sytuację, kiedy powiedziałeś coś przez mikrofon i dosłownie sekundę później pomyślałeś: „Kurczę, nie powinienem był tego mówić”?

– Oczywiście, że zdarzają się błędy. Jest takie powiedzenie, że nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, i w pracy spikera sprawdza się ono idealnie.

To jest praca na żywym organizmie. Stadion cały czas żyje, wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym i nie da się przewidzieć każdego scenariusza. W jednej chwili pojawia się kartka, za moment zmiana zawodnika, później kontrowersyjna decyzja sędziego. Musisz reagować natychmiast.

Jeśli zdarzy mi się pomyłka, po prostu ją prostuję i idę dalej. Nie ma czasu, żeby się nad nią zastanawiać, bo mecz trwa, a za chwilę dzieje się już coś kolejnego.

Na szczęście nigdy nie popełniłem błędu, który miałby jakieś poważne konsekwencje. Owszem, czasem zdarzy się pomylić nazwisko, numer zawodnika czy komunikat, ale to wpisane jest w ten zawód. Nie pracujemy według sztywnego scenariusza. Oczywiście są procedury i określony plan meczu, jednak jego przebiegu nie da się napisać wcześniej. Każde spotkanie jest inne i właśnie dlatego ta praca jest tak wymagająca.

– Przez te dziewiętnaście lat przeżyłeś ze Śląskiem właściwie wszystko. Mistrzostwo Polski, europejskie puchary, spadek i powrót do Ekstraklasy. Gdybyś miał wskazać jeden mecz, który wywołał u ciebie największe emocje, to który by to był? Jest takie spotkanie, które do dziś siedzi ci w głowie?

– Jeśli miałbym wskazać jeden mecz z ostatnich lat, który do dziś we mnie siedzi, to byłoby rewanżowe spotkanie z FC St. Gallen. Mam nawet odważną teorię, że gdybyśmy wtedy awansowali, cała późniejsza lawina nieszczęść mogłaby w ogóle nie spaść na Śląsk.

Jestem przekonany, że ten awans mógł zmienić bardzo wiele. W kolejnej rundzie czekałby na nas Trabzonspor, a później otwierała się realna szansa na grę w fazie ligowej europejskich pucharów. To mogło dać klubowi dodatkowy impuls – sportowy, finansowy i mentalny. Oczywiście dziś można tylko gdybać, ale mam poczucie, że tamten dwumecz był momentem zwrotnym.

To spotkanie pokazało też, jak brutalna i bezwzględna potrafi być piłka nożna. Granica między sukcesem a porażką była naprawdę cienka. Zarówno we Wrocławiu, jak i w Szwajcarii Śląsk miał swoje momenty i stworzył sytuacje, które mogły przechylić szalę awansu na naszą stronę. Tym bardziej boli świadomość, że zabrakło naprawdę niewiele.

To był również jeden z najtrudniejszych meczów do poprowadzenia jako spiker. Emocje na trybunach były ogromne, a dodatkowo pojawiły się sytuacje jak ta z oskarżeniami o rasizm, które wymagały odpowiednich reakcji i komunikatów z mojej strony. Takie spotkania pokazują, że spiker nie tylko zapowiada kolejne wydarzenia na boisku, ale musi też umieć zachować spokój wtedy, gdy wokół wszyscy żyją ogromnymi emocjami.

– Temat rasizmu to według mnie była prowokacja ich bramkarza. Jakoś nie chce mi się wierzyć w to, że ktoś z sektora rodzinnego rzucał rasistowskie okrzyki.

– Są też mecze, o których już w momencie publikacji terminarza wiem, że będą bardzo wymagające. Do takich spotkań należą chociażby mecze z Widzewem Łódź, Legią Warszawa, Lechem Poznań, Zagłębiem Lubin czy Wisłą Kraków. To spotkania, którym od lat towarzyszą ogromne emocje i kibicowskie animozje.

Wiem, że podczas takich meczów będzie bluzgoteka, pojawią się wyzwiska, napięcie i różne sytuacje, na które jako spiker muszę być przygotowany. Podobnie jest wtedy, gdy drużyna przeżywa kryzys. Kibice wyrażają swoje emocje transparentami, okrzykami czy gwizdami, a ja przez cały czas muszę zachować spokój i profesjonalizm.

Po tylu latach doświadczenia potrafię już oddzielić własne emocje od pracy. Oczywiście jestem kibicem Śląska i przeżywam każdy mecz, ale kiedy siadam za mikrofonem, muszę wykonywać swoje obowiązki. Widziałem już chyba wszystko. Gole w ostatnich sekundach, dramatyczne porażki, kontrowersyjne decyzje sędziów czy niepodyktowane rzuty karne. To uczy opanowania.

Pomaga mi również doświadczenie zdobyte w mediach. Praca w radiu i telewizji nauczyła mnie, że emocje są ważne, ale w odpowiednim momencie zawsze muszą ustąpić miejsca profesjonalizmowi. Po dziewiętnastu latach przy mikrofonie to po prostu staje się naturalne.

– A Ty masz już taką świadomość, że jak kibice słyszą głos Andrzeja Gliniaka to myślą, że zaraz Śląsk gra mecz? Czujesz się już częścią tożsamości tego klubu?

– To bardzo miłe uczucie. Przez dziewiętnaście lat tylko kilka razy zdarzyło się, że nie prowadziłem meczu Śląska. Pamiętam, że kiedy zastępował mnie Darek Nowakowski, dostałem mnóstwo wiadomości od kibiców. Pisali: „Panie Andrzeju, bez pana głosu to już nie jest ten sam mecz”. Takie słowa naprawdę cieszą.

Często dostaję też wiadomości jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Ktoś wchodzi na stadion, słyszy mój głos przez głośniki i pisze: „Dobra, teraz już wiadomo, że zaraz zaczyna się mecz”. To pokazuje, że przez lata stałem się częścią tego stadionowego krajobrazu. Jestem z tego naprawdę dumny.

Oczywiście mam świadomość, że nie wszystkim muszę się podobać. To jest normalne. Jedni lubią mój sposób prowadzenia meczów, inni mają inne oczekiwania. Tak samo jest z komentatorami czy dziennikarzami sportowymi. Każdy ma swoich zwolenników i krytyków. Nigdy nie zależało mi na tym, żeby podobać się wszystkim.

Największą satysfakcję daje mi jednak to, że ludzie utożsamiają mój głos właśnie ze Śląskiem Wrocław. Czasami dochodzi nawet do zabawnych sytuacji. Kilka dni temu siedziałem przed pizzerią i rozmawiałem przez telefon. Przechodził obok mnie mężczyzna, który nagle się zatrzymał, odwrócił i zapytał: „Przepraszam, pan jest spikerem Śląska?”. Rozpoznał mnie wyłącznie po głosie. To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek uświadamia sobie, że jego praca naprawdę zapadła ludziom w pamięć.

– Przez dziewiętnaście lat obserwowałeś kibiców z wyjątkowej perspektywy. Jak twoim zdaniem zmieniła się atmosfera na stadionie i sam sposób kibicowania od czasów Oporowskiej do dziś?

– To trudne pytanie, bo sam jestem zwolennikiem idei Against Modern Football. Nie ukrywam tego. Dla mnie piłka nożna nie jest teatrem. Stadion ma żyć emocjami, głośnym dopingiem i niepowtarzalną atmosferą. Dlatego zdecydowanie bliżej mi do tego, co dzieje się na stadionach w Grecji, Turcji czy Serbii niż do wielu obiektów w Europie Zachodniej.

Oczywiście nie mówię o łamaniu przepisów czy zachowaniach niezgodnych z prawem. Chodzi mi o autentyczne emocje. Kiedy idę na mecz, chcę czuć, że to wydarzenie ma swój charakter i swoją energię. Właśnie dlatego tak imponuje mi kultura kibicowska na Bałkanach.

Jeśli chodzi o polskie stadiony, to przez ostatnie dziewiętnaście lat zmieniły się przede wszystkim pod względem bezpieczeństwa. Kiedy zaczynałem na Oporowskiej, zdarzały się sytuacje, w których dochodziło do prób konfrontacji między kibicami. Dzisiaj dzięki monitoringowi, lepszej organizacji i procedurom takie sytuacje należą do rzadkości. To ogromna zmiana na plus.

– Trudno się nie zgodzić.

– Zauważyłem też coś jeszcze. Na stadionach wyraźniej wykształciły się różne strefy kibicowania. Jest sektor rodzinny, są najbardziej zagorzali kibice, ale coraz częściej widać między nimi współpracę.

– Bardzo lubię momenty, kiedy młyn inicjuje przyśpiewkę, a po chwili odpowiadają mu dzieci z sektora rodzinnego.

– To właśnie pokazuje, że kibicowanie potrafi łączyć kolejne pokolenia i budować więź z klubem.

Jednocześnie mam wrażenie, że polscy kibice nie ulegli w pełni zjawisku, które określa się mianem Modern Football. Wciąż potrafimy stworzyć atmosferę, która jest wyjątkowa na tle wielu krajów Europy. Oczywiście zmieniły się stadiony i przepisy, ale tożsamość kibicowska nadal jest bardzo silna.

– Mam wrażenie, że też coraz mocniej doceniana przez kibiców z Europy Zachodniej.

– Miałem niedawno dobry materiał do porównania. Wiele osób zachwalało mi derby Realu Madryt z Barceloną w koszykówce. Pojechałem z ogromnymi oczekiwaniami, a przeżyłem spore rozczarowanie. Atmosfera była bardzo spokojna, momentami wręcz teatralna. Na telebimach wyświetlano komunikaty zachęcające kibiców do gwizdania podczas rzutów wolnych rywali, a wielu widzów pojawiło się na trybunach dopiero kilkanaście minut po rozpoczęciu spotkania. Dla mnie to najlepszy przykład tego, jak bardzo różni się kultura kibicowania w różnych częściach Europy.

Dlatego uważam, że pod względem atmosfery polskie stadiony wciąż mają swój wyjątkowy charakter. Bardzo chciałbym, żeby tego nigdy nie zatraciły.

Andrzej Gliniak
Fot. Archiwum prywatne Andrzej Gliniak

– Rozmawialiśmy już o meczu ze St. Gallen, ale teraz chciałbym zapytać o coś innego. Czy był taki moment, kiedy atmosfera na stadionie była tak niesamowita, że dosłownie przeszedł cię pozytywny dreszcz?

– Takich momentów było kilka. Trudno wskazać tylko jeden, bo przez dziewiętnaście lat przeżyłem ze Śląskiem naprawdę mnóstwo niezwykłych emocji.

Na pewno wraca mecz ze St. Gallen, ale pamiętam też spotkania z Club Brugge czy wiele ligowych meczów, w których losy wyniku ważyły się do ostatnich sekund. To właśnie takie chwile zostają z człowiekiem na lata.

Do dziś mam przed oczami sytuację z meczu z Ruchem Chorzów, kiedy Patryk Klimala w końcówce miał okazję doprowadzić do remisu 3:3. Gdyby wtedy trafił do siatki, historia tamtego sezonu mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Takie momenty pokazują, jak cienka granica dzieli w piłce nożnej euforię od ogromnego rozczarowania.

To właśnie dla takich emocji kocha się ten sport. Jako spiker jestem zobowiązany zachować profesjonalizm, ale są chwile, kiedy atmosfera na stadionie jest tak wyjątkowa, że naprawdę przechodzą ciarki po plecach.

– Jeśli ja miałbym wskazywać to patrzyłbym na ten 4:0 z Legią.

– To jest największy paradoks. Tego meczu akurat nie prowadziłem. Za mikrofonem siedział wtedy Darek Nowakowski. Tak ważny mecz, a ja nie mogłem na nim być. Faktycznie była taka petarda na trybunach?

– Pomyślałem wtedy, że jeszcze chwila i ten stadion odleci. To jedna z tych atmosfer, których po prostu nie da się zapomnieć.

– Przypomniałem sobie jeszcze jedną rzecz, którą dostrzegam w kwestii zmian jakie zaszły w kibicowaniu i którą uważam za bardzo ważną. Przez lata zmieniło się postrzeganie meczów piłkarskich w Polsce. W latach 80. i 90. wielu rodziców bało się puszczać dzieci na stadion. Pamiętam, że kiedy sam zaczynałem chodzić na mecze przy Oporowskiej, moja mama powtarzała: „Idź tylko z tatą, bo jeszcze coś ci się stanie”.

Dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej. Na stadion przychodzą całe rodziny, rodzice z małymi dziećmi, a mecze stały się miejscem wspólnego spędzania czasu. Oczywiście emocji nadal nie brakuje, ale poczucie bezpieczeństwa jest nieporównywalnie większe niż kiedyś.

To moim zdaniem jedna z największych zmian, jakie zaszły przez ostatnie dwie dekady. Dziś mało kto zastanawia się, czy zabrać dziecko na mecz. Dla wielu rodzin to po prostu jedna z form spędzania wolnego czasu, a jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu wcale nie było to takie oczywiste.

– Skoro już przy bezpieczeństwie jesteśmy. Pamiętasz jakiś mecz, kiedy musiałeś reagować w wyjątkowo trudnej i stresującej sytuacji?

– Dzisiaj nie nazwałbym tego już stresem. Po tylu latach jestem na takie sytuacje po prostu odporny. Oczywiście zdarza się, że podczas meczów z najbardziej nielubianymi rywalami, kiedy z trybun niesie się niecenzuralny doping, kibice reagują również na moje komunikaty. Bywało, że słyszałem z trybun: „Daj spokój”, „Zamknij się”. Ale nigdy nie odbierałem tego personalnie.

Zresztą później wielokrotnie rozmawiałem z kibicami i sami podkreślali, że to nie jest wymierzone we mnie jako Andrzeja Gliniaka, tylko w rolę spikera. Oni wiedzą, że po prostu wykonuję swoje obowiązki. Zawsze śmieję się, że gdyby za mikrofonem siedział ktoś inny, pewnie mówiłby dokładnie to samo, a może nawet częściej.

Uważam, że spiker powinien zachować zdrowy rozsądek. Nie można co chwilę przerywać dopingu i nieustannie upominać kibiców, bo przynosi to odwrotny skutek. Trzeba znaleźć odpowiedni balans między wykonywaniem swoich obowiązków a wyczuciem atmosfery na stadionie.

Na szczęście przez wszystkie lata pracy nie miałem sytuacji, w której musiałbym reagować na jakieś poważne zagrożenie czy zamieszki na stadionie. I oby tak już zostało.

– Przez lata poznałeś mnóstwo ludzi związanych ze Śląskiem. Kto z nich zrobił na Tobie największe pozytywne wrażenie i dlaczego?

– Zawsze najlepiej dogadywałem się z piłkarzami. Bardzo dobrą relację miałem z mistrzowskim pokoleniem Śląska. Z wieloma z tamtej drużyny do dziś utrzymuję bardzo bliskie relacje. Regularnie widuję się z Waldkiem Sobotą, mieliśmy nawet spotkać się ostatnio przy okazji turnieju tenisowego w Hamburgu. Bardzo dobre kontakty mam również z Łukaszem Gikiewiczem czy Vukiem Sotiroviciem. Kiedy jestem w Belgradzie, praktycznie zawsze się spotykamy i cały czas jesteśmy w kontakcie.

To jednak w dużej mierze kwestia wieku. Kiedy miałem trzydzieści lat, piłkarze również byli mniej więcej w moim wieku, więc łatwiej było złapać wspólny język. Dzisiaj ja mam już ponad czterdzieści lat, a wielu zawodników dopiero dwadzieścia czy dwadzieścia jeden. To naturalne, że te relacje wyglądają trochę inaczej.

Nie znaczy to, że z obecną drużyną nie mam dobrego kontaktu. Dobrze rozmawia mi się chociażby z Michałem Szromnikiem czy Przemkiem Banaszakiem, czyli bardziej doświadczonymi zawodnikami. Po prostu z wiekiem łatwiej znaleźć wspólne tematy z ludźmi, którzy są na podobnym etapie życia.

Andrzej Gliniak
Fot. Archiwum prywatne Andrzej Gliniak

– To teraz zapytam trzy najlepsze rzeczy zza kulis?

– Muszę pomyśleć.

– Może być też coś czego kibice nie wiedzą o pracy spikera, a powinni to wiedzieć.

– Chciałbym żeby wiedzieli, że wiele rzeczy w ogóle od nas nie zależy. Jeśli na telebimie pojawi się błąd, ktoś źle wyświetli nazwisko strzelca albo wystąpi problem techniczny z nagłośnieniem, kibice często zakładają, że to moja wina. Podobnie jest z muzyką. Wiele osób do dziś uważa, że to spiker decyduje o tym, co i kiedy leci z głośników. A to nieprawda. Za playlistę, oprawę muzyczną i emisję dźwięku odpowiadają zupełnie inne osoby. Ja nie mam na to żadnego wpływu.

Paradoks polega na tym, że spiker jest jedną z najważniejszych osób funkcyjnych podczas meczu, choć niewielu kibiców zdaje sobie z tego sprawę. Bez licencjonowanego spikera spotkanie po prostu nie może się odbyć. To nie jest rola konferansjera. Spiker odpowiada również za kwestie organizacyjne i bezpieczeństwo.

– A masz jakiś swój rytuał? Coś czego nigdy nie pomijasz przed wejściem za mikrofon?

– Nie, nie mam żadnych przesądów ani specjalnych rytuałów. Zawsze staram się jedynie, żeby pewne elementy dnia meczowego odbywały się o stałych porach. Dotyczy to przede wszystkim przedmeczowej prezentacji i kontaktu z kibicami.

Poza tym nie jestem typem człowieka, który przed wejściem za mikrofon musi wykonać jakiś określony rytuał. Nie przeżegnam się trzy razy ani nie wejdę najpierw prawą nogą, jak niektórzy sportowcy. Po prostu wychodzę i robię swoje.

– Na koniec. Gdy za kolejne 20 lat ktoś będzie wspominał Andrzeja Gliniaka, to co chciałbyś, żeby powiedział?

– To był głos Śląska Wrocław.

Show Comments (0) Hide Comments (0)
guest

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów

Dołącz do newslettera!

Co słychać we Wrocławiu? Sprawdź pierwszy. Nie przegap tego, o czym mówi miasto

Zapisując się, akceptujesz nasz Regulamin oraz Politykę prywatności. Twoje dane będą przetwarzane wyłącznie w celu wysyłki newslettera.